Grafika przedstawiająca Fontannę Prozerpiny.

Legenda o powstaniu fontanny Prozerpiny

Fontanna Prozerpiny stojąca na Starym Rynku przed Ratuszem, razem z Domkami Budniczymi i Pręgierzem, stanowi poznański „grand place”. Rzeźba przedstawiająca porwanie Prozerpiny przez Plutona z bogato zdobioną cembrowiną jest jednym z najpiękniejszych, barokowych dzieł sztuki, jakie podziwiać możemy w Poznaniu. Mało kto wie, że z powstaniem fontanny wiąże się legenda miejska, nie mniej fascynująca niż starożytny mit o porwaniu córki Ceres i Jowisza przez boga podziemnego świata.

Józef Łukaszewicz, pierwszy kustosz Biblioteki Raczyńskich, jeszcze w połowie XIX wieku, w swoim „Opisie historyczno-statystycznym miasta Poznania w dawniejszych czasach”, zanotował następującą opowieść o powstaniu fontanny Prozerpiny:

Dopiero w początkach panowania Stanisława Augusta zwrócił magistrat uwagę swoją na tę tak ważną w życiu ludzkim potrzebę i między innymi naprawił w roku 1766 piękną z kamienia ciosowego fontannę przed ratuszem; wyobraża ona Plutona porywającego Prozerpinę i ma być symbolem prawdziwego zdarzenia. Rzecz się zaś tak ma. W dawniejszych czasach jedna ze starszych matron poznańskich, mająca młodego małżonka, trapiona podejrzeniami zdybała raz niewiernego małżonka na gorącym uczynku. W niepochamowanym niczym uczuciu zemsty oskarżyła go przed wójtem, i nieszczęśliwy miał być śmiercią ukarany. Z tem wszystkiem magistrat wzruszony prośbami familii przestępcy złagodził karę, nakazawszy mu między innymi ku potrzebie i wygodzie miasta wystawić fontannę. Dla zachowania zaś na wieczne czasy pamiątki tego zdarzenia kazał magistrat rzeźbiarzowi zrobić na fontannie porwanie Prozerpiny.  

Profesor Józef Łukaszewicz był jednak przede wszystkim archiwistą, historykiem i publicystą, więc snucie opowieści o uczuciach i emocjach nie było jego najmocniejszą stroną. Nie bez przyczyny, znający go osobiście, Adam Mickiewicz scharakteryzował go krótko – Łukaszewicza znam, jest to nudnik i trochę mazgaj, ale uczciwy człowiek. Opowieść jest zaś naprawdę fascynująca.

Znacznie barwniej historię o poznańskiej matronie Petroneli oraz jej młodym mężu Hanuszu zrelacjonowała Anna Plenzler. Dostosowała ona swoją narrację do potrzeb młodego czytelnika, nie doszło więc u niej do żadnego przyłapania niewiernego mężczyzny na seksie pozamałżeńskim, a jego „zdrada” ograniczała się jedynie do odpędzania myśli o młodej Jadwini, której wianek nieopatrznie wyłowił z Warty. Cała sprawa wyniknęła zaś z tego, że zaawansowana już latach Petronela była niezadowolona, że jej znacznie młodszy małżonek pracuje od świtu do zmierzchu w swoim zakładzie kamieniarskim, a nie poświęca jej wystarczająco dużo czasu i uwagi. W związku z faktem, że tak długo przebywa poza domem, uznała, że musi mieć kochankę, a jako że nie była w stanie tego udowodnić, oskarżyła męża nie o wiarołomstwo, ale o to, że próbował trucizną pozbawić ją życia.

Nie był to zresztą pierwszy skandal towarzyski, jaki w Poznaniu wywołała Petronela. Pierwszy wybuchnął lata wcześniej, kiedy ta bogata wdowa w średnim wieku stanęła na ślubnym kobiercu z Hanuszem – młodym i urodziwym czeladnikiem kamieniarskim. Wdowa zyskała dzięki temu młodego, bardzo przystojnego małżonka, który wydawał się być faktycznie w niej zakochany. On natomiast ożenił się nie tylko z doświadczoną kobietą, ale także z jej znacznym majątkiem, dzięki któremu mógł otworzyć własny zakład kamieniarski. Nie była to sytuacja szczególnie niezwykła, gdyż poznańskie księgi notują wiele przypadków, kiedy to wdowa po majstrze, żeby uniknąć samotności, poślubiała czeladnika, a ten przez łóżko majstrowej wchodził do cechu i zostawał obywatelem miejskim. Tak właśnie stało się z Hanuszem, który dobrze skorzystał z szansy, jaką dało mu małżeństwo z Petronelą, a jako że był bardzo zdolnym i pracowitym rzeźbiarzem, na brak zleceń nie narzekał i pracownia bardzo się rozwinęła.

Mijały lata, Petronela stawała się coraz starsza i zapewne mniej atrakcyjna, Hanusz zaś przyzwyczaił się do majątku i pozycji społecznej, a brakowało emocji. Autorka legendy darzyła jednak czarującego mistrza kamieniarskiego sympatią i nie chciała powtarzać negatywnych opinii na jego temat. Jedynym grzechem Hanusza miało być to, że pewnego czerwcowego dnia siedział nad Wartą, kiedy panny puszczały wianki, on przypadkiem wyłowił wianek należący do młodej dziewczyny o imieniu Jadwinia. Dziewczyna była wściekła, że jej wianek zdobył żonaty mężczyzna, z którym nie może się pobrać, miała pretensje do Hanusza, że zakpił sobie z niej i starego słowiańskiego obyczaju. Moc przeznaczenia jednak już działała i nie można było odwrócić wyroków losu. Hanusz nie mógł przestać myśleć o Jadwini, ona zaś oddalała wszystkich konkurentów starających się o jej rękę, uważając, że jest przypisana Hanuszowi, a skoro ten nie może jej poślubić, to pójdzie do zakonu. Są jak para przeklętych zakochanych, którzy – ze względu na społeczne rygory – nigdy nie mogą połączyć się w miłości. Odganiana miłość jednak powraca i przypomina o sobie z coraz większą mocą. Hanusz stał się oziębły wobec Petroneli, a ta szybko domyśliła się, że w jego życiu jest inna kobieta. Była jednak na tyle rozsądna, by wiedzieć, iż nie ma szans, by obudzić uczucia w znacznie młodszym małżonku. Postanowiła, że skoro Hanusz nie chce być tylko jej, to nie będzie żadnej. Oskarżyła męża o zdradę o próbę morderstwa.

Wiadomość o sprawie wniesionej przez Petronelę do sądu wójtowskiego lotem błyskawicy obiegła miasto i stała się najżywiej omawianą plotką na poznańskim rynku. Zarzuty nie zyskały jednak uznania w oczach poznańskich sędziów. Uznali oni, że od niewywiązywania się z małżeńskich obowiązków do zdrady, a tym bardziej usiłowania morderstwa, droga jest bardzo daleka i nie mają podstaw, by skazać Hanusza za tak ciężkie przestępstwo. Najwyraźniej nie byli tez przekonani o całkowitej niewinności mistrza kamieniarskiego i dlatego ukarali go grzywną, a – w ramach prac społecznych – nakazali mu odnowienie znajdującej się przed Ratuszem fontanny.

Rok po niefortunnym wyroku, w sposób absolutnie naturalny, ziemski padół opuściła Petronela. Po odbyciu przepisanej żałoby, kamieniarz Hanusz pobrał się z Jadwinią,  którą kochał się prawdziwą, wielką miłością i do tego jeszcze – jak zapewnia Anna Plenzer – absolutnie czystą, póki żyła małżonka kamieniarza.

Zastanowić się warto, jakie ta miejska legenda ma oparcie w rzeczywistości. Historycy oczywiście odrzucają jakiekolwiek sugestie idące w tym kierunku, podkreślając, że historia powstania fontanny jest udokumentowana, gdyż zachował się kontrakt z połowy XVIII wieku, zawarty pomiędzy rzeźbiarzem Augustynem Schöpsem a poznańską radą miejską. Sprawa nie jest jednak wcale tak oczywista, a dokumenty archiwalne wcale nie wykluczają prawdziwości niektórych aspektów legendy.

Poznańskie fontanny zbudowane zostały na początku XVII wieku przez poznańskiego artystę Krzysztofa Redella i przedstawiały postaci czterech mitologicznych bogów rzymskich, symbolizujących cztery żywioły. Przed Ratuszem stanął posąg Jowisza, najważniejszego z bogów rzymskiego panteonu, którego atrybutem był piorun, żywiołem zaś ogień. W drugim narożniku stanęła figura Apolla, opiekuna Muz, patrona sztuk, którego atrybutem była lira, a żywiołem powietrze. W trzecim narożu poznańskiego rynku odbywały się targi rybne, więc jego ozdobą stała się studnia z postacią Neptuna, boga mórz, trzymającego w ręku trójząb, którego żywiołem była woda. Wreszcie w czwartym narożniku, obok Wagi Miejskiej, służąca do ważenia sprzedawanych płodów rolnych, znalazła się figura Saturna, który był opiekunem cyklu wegetacyjnego, a Rzymian nauczył uprawy roli; jego żywiołem była ziemia. Program kosmologiczny poznańskiego rynku był więc bardzo czytelny.

Z biegiem czasu studzienki oraz wykonane z dębowego drewna figury niszczały, kolejne naprawy i remonty przedłużały im nieco życie, jednak nadszedł czas, gdy nie dawało się już dłużej odkładać przebudowy. W połowie XVIII wieku po rynkowych studzienkach niewiele już pozostało. Pod datą 3 maja 1754 roku w miejskich księgach zanotowano – Fontan przedtym cztery było w Rynku na czterech rogach, teraz tylko trzy i to tylko jedna dobra, dwie zaś złe, tak że woda w nich utrzymać się nie może, a czwartej cale nie masz. Dwa lata później, w 1756 roku, podczas lustracji miasta przeprowadzonej na zlecenie magistratu, zanotowano jeszcze gorszy stan – Fontanna w rynku zła, łozą i trawą zarosła.

Przyjmijmy, że legenda nie kłamie i w tym właśnie roku mądry sędzia magistracki nakazał podejrzewanemu o zdradę mistrzowi kamieniarskiemu naprawienie ostatniej miejskiej fontanny, znajdującej się przed Ratuszem, która łozą i trawą zarosła. Nic nie stoi na przeszkodzie, by przyjąć, że ukaranym mógł być poznański rzeźbiarz Augustyn Schöps, który miał wtedy 27 lat, więc – według ówczesnych standardów – od przynajmniej 10 lat mógł być mężem znacznie starszej od niego Petroneli. Kamieniarz ze swego obowiązku doskonale się wywiązał, a już rok później – w 1757 roku – Petronela zmarła bez niczyjej pomocy. Po rocznej żałobie rzeźbiarz mógł już całkiem legalnie poślubić dziewczynę, której wianek kilka lat wcześniej wyłowił z Warty. Za serię tak szczęśliwych zrządzeń losu rzeźbiarz chciał się odwdzięczyć miastu i jego władzom. Najbardziej oczywistym sposobem okazania wdzięczności było zaś wykonanie nowej fontanny przed Ratuszem, która cieszyłaby oczy władz, rajców i sędziów miejskich, a służyła wszystkim obywatelom miasta. Rzeźbiarz miał zaś ku temu wyjątkowe kompetencje. Jeśli jeszcze zaproponował bardzo korzystne warunki kontraktu, niemal po kosztach, to łatwo wyjaśnić skąd – w 1758 roku – pojawił się pierwszy kontrakt zawarty przez Augustyna Schöpsa z poznańską rada miejską na wykonanie fontanny przed Ratuszem. To, że nie zachował się żaden wcześniejszy kontrakt zawarty przez tego rzeźbiarza, dodatkowo wzmacnia teorię, że poprzednio zakład kamieniarski należał do Petroneli i to ona podpisywała wszelkie umowy.

O tym, że cena ustalona za wykonanie fontanny musiała być bardzo niska, jednoznacznie świadczy fakt, że mimo iż termin jej wykonania został znacznie przekroczony – stanęła nie po roku, ale po siedmiu latach – nikt tej umowy nie wypowiedział, a artysta nie był traktowany jako osoba nierzetelna. Szacunek do niego nawet wzrastał, o czym świadczy fakt, że w 1761 roku akta miejskie piszą o mistrzu Augustynie, jako starszym cechu na przedmieściu Grobla. Wspomnieć też warto, że po wykonaniu zlecenia rada miejska była tak zachwycona otrzymanym dziełem, że zdecydowano się dodatkowo wynagrodzić Schöpsa – parcelą na Piaskach (rejon obecnej ul. Strzeleckiej).

Od 1758 roku – daty zawarcia kontraktu na postawienie fontanny przed Ratuszem, a być może także poślubienia nowej żony – kariera mistrza Augustyna rozwijała się imponująco. Dostał zlecenie na wykonanie sześciu ołtarzy w kościele pocysterskim w Obrze, figur na ołtarzach kościołów bernardynów w Poznaniu oraz Grodzisku Wielkopolskim, licznych prac w poznańskiej Katedrze, wystroju rzeźbiarskiego kościoła w Wolsztynie czy rzeźb ogrodowych w rogalińskim parku. Wspomnieć też warto, że w 1767 roku – a więc dwa lata po odsłonięciu Fontanny Prozerpiny – Augustyn Schöps został przyjęty w poczet obywateli miasta Poznania i od razu wybrany do rady 20 mężów miasta, a potem do rady 12 mężów miasta.

Legenda o procesie, jaki Petronela wytoczyła swemu młodemu małżonkowi, który w ramach wyroku miał odnowić fontannę przed Ratuszem, dość luźno wiąże się z danymi biograficznymi twórcy Fontanny Prozerpiny – Augustyna Schöpsa. Jest jednak coś, co w sposób niezwykły łączy legendę z biografią. Istnieje pamiątka, której nie można pominąć przy omawianiu tej historii. Pamiątką tą jest, stojąca wciąż przed Ratuszem, Fontanna Prozerpiny. Ją potraktować zamierzam jako klucz do rozwikłania tajemnicy romansu żonatego rzeźbiarza oraz nastolatki.

Fontanna Prozerpiny jest dziełem fascynującym. Przedstawia scenę porwania przez Plutona Persefony. Dziewczyna porwana została z nadrzecznej łąki, gdzie bawiła się z koleżankami, zrywała kwiaty, które układała w bukieciki. Czy nie przypomina ona łudząco opowieści o tym, jak to mistrz kamieniarski siedział nad Wartą i przyglądał się dziewczętom puszczającym wianki na rzekę, a jeden z nich wyłowił, co w ludowej tradycji oznaczało, że dziewczyna jest mu przypisana i zostanie jego żoną? Wyłowieniu wianka nie przeczył ani kamieniarz ani dziewczyna, która odebrała mu swój wianek, oburzona faktem, że komplikuje jej życiowe plany. Czy wierzymy, że dumny artysta w tę sobótkową Noc Kupały (bo wtedy wszak się puszcza wianki) pokornie spuścił głowę, oddał wianek nastolatce i powrócił do domu, w którym czekała na niego stara żona? Czy raczej – zgodnie ze słowiańskim obyczajem – porwał dziewczynę, uniósł ją w jakieś nadwarciańskie rozłogi i tam pozbawił wianka.

Zastanowić się warto, czy scena porwania Prozerpiny nie przedstawia tej właśnie sytuacji, a pod postaciami bóstw rzymskich artysta nie ukazał siebie oraz swej kochanki (wówczas już nowej żony). Muskularny, znacznie starszy od dziewczyny, mężczyzna wygląda przecież tak, jakby na co dzień pracował jako kamieniarz, a nie zajmował się zarządzaniem światem podziemnym. O tym, że pod postacią Plutona Augustyn Schöps przedstawił siebie samego, wskazuje nie tylko moda epoki (artyści upamiętniali siebie w swoich dziełach), ale  także inny dowód. Schöps wyrzeźbił bowiem figurę Mojżesza dla kościoła na Grobli, a postać biblijnego proroka jest łudząco podobna do Plutona z fontanny, co dodatkowo potwierdza tezę, że sam artysta był modelem dla obu tych swoich rzeźb.

Szerokie pole interpretacyjne pozostawia także postać Prozerpiny. Mitologiczna bohaterka została porwana przez Plutona z nadrzecznej łąki wbrew swej woli. Tymczasem bohaterka rzeźby Schöpsa wcale się tak bardzo nie wzbrania przed uwiedzeniem. Nawet wybitna badaczka sztuki barokowej – Iwona Błaszczyk – miała problem z opisaniem postawy centralnej postaci rzeźby i sprowadziła postawę Prozerpiny do sformułowania „chciałabym a boję się” – Wdzięcznie wygięta Prozerpina nie okazuje strachu, jedynie pozoruje go nieco poprzez niby obronny gest prawego ramienia, ale już wyraz jej twarzy oznacza przyzwolenie na akt porwania.   

Poznańskie kroniki miejskie notowały w XVII wieku tylko najważniejsze wydarzenia; otoczki, jaka wokół nich panowała, możemy się domyślać i z wielkim trudem rekonstruować. Warto jednak zastanowić się nad faktem, że od zlecenia wykonania fontanny przed Ratuszem do zrealizowania tego zadania minęło aż siedem lat; wiadomo równocześnie, że artysta zabrał się do pracy bardzo szybko i natychmiast pojechał na Śląsk, aby osobiście wybrać najlepszy kamień do przygotowania rzeźby. Wykonanie fontanny na głównym placu miejskim, tuż przed Ratuszem, było fantastycznym zleceniem dla młodego mistrza i postawiło go na szczycie artystycznej hierarchii poznańskich twórców. Trudno sobie wyobrazić, by zwlekał z wykonaniem zlecenia. O tym, że to nie po jego stronie był problem, jednoznacznie świadczy fakt, że za pracę mu zapłacono pełną cenę, a nawet dorzucono premię. Skoro zaś problem nie leżał po stronie zleceniobiorcy, to logicznym rozwiązaniem wydaje się być wskazanie zleceniodawcy jako winnego przedłużających się działań. I w tym może tkwić rozwiązanie zagadki.

Sąd miejski uwolnił rzeźbiarza od stawianego mu przez żonę zarzutu wiarołomstwa, zdrady oraz próby jej zamordowania. Tak wówczas, jak i obecnie były to bardzo ciężkie zarzuty. Tymczasem rok później stara żona umarła, po kolejnym roku rzeźbiarz ożenił się z młodą dziewczyną, a gdy minął następny rok, wykonał rzeźbę, która pokazuje moment uwiedzenia przez Plutona (mającego rysy rzeźbiarza) Persefony (mającej rysy młodej dziewczyny, zapewne nowej żony rzeźbiarza). Łatwo można sobie wyobrazić skandal, jaki wywołałaby ta rzeźba, dowodząca, że poznański sąd się pomylił, nie dając wiary Petroneli i uniewinniając jej męża. Sędzia spoglądający na plac przed Ratuszem widziałby Pręgierz, słup hańby z postacią kata na szczycie, który symbolizował surowość i nieuniknioność kar za przewinienia popełnione w mieście. Obok zaś, także na ozdobnym słupie podtrzymywanym przez cztery putta, stałby muskularny Pluton, bezkarnie zniewalający nastoletnią Persefonę. Słup ze sceną uwiedzenia Persefony byłby symbolem tego, że można też w mieście Poznaniu bezkarnie grzeszyć i łamać prawo, a dzięki wyrozumiałości sądu zbrodniarz może liczyć nie tylko na uniewinnienie, ale także na szacunek i uznanie. Na taką kpinę z wymiaru sprawiedliwości żadna władza w Poznaniu nie mogła sobie pozwolić.

Siedem lat od podpisania kontraktu z mistrzem Augustynem Schöpsem Fontanna Prozerpiny stanęła wreszcie przed poznańskim Ratuszem. Miasto potrzebowało bowiem sprawnej fontanny; sędziowie, którzy uniewinnili rzeźbiarza, przeszli pewnie w stan spoczynku, a o wdowie Petroneli nikt już nie pamiętał. Augustyn Schöps był szanowanym obywatelem, nowa żona urodziła mu pięciu synów, co zmieniło ją tak bardzo, że nikt w tej poważnej matronie nie potrafił dopatrzyć się podobieństwa do nastolatki z bukiecikiem kwiatów, która pozbawiona została wianka przez muskularnego brodacza.

Mogły być także inne powody odmowy umieszczenia dzieła mistrza Schöpsa przed Ratuszem. Cztery fontanny na Starym Rynku odpowiadały bowiem czterem żywiołom. Przed siedzibą władz miejskich stał posąg Jowisza, który symbolizował ogień. Persefona była zaś boginią cyklu wegetacyjnego, więc kojarzyła się z żywiołem ziemi. Dojść więc musiało do zamiany lokalizacji odnawianych studzienek. Postaci Apolla (powietrze) i Neptuna (woda) pozostały na swoich miejscach, natomiast Saturn (ziemia) przy Wadze Miejskiej zastąpiony został przez Marsa (ogień).

Paweł Cieliczko

Bibliografia:

  1. Iwona Błaszczyk, Dzieje poznańskich studzienek na Starym Rynku, [w:] Przywrócenie studzienki – fontanny z figurą Apolla na Starym Rynku w Poznaniu, Poznań 2002.
  2. Krzysztof Kwaśniewski, O fontannie Prozerpiny [w:] Poznańskie legendy, Poznań 2013, s. 155-156.
  3. Józef Łukaszewicz, Obraz historyczno-statystyczny miasta Poznania w dawniejszych czasach, tom I, Poznań 1998, s. 156-157.
  4. Anna Plenzler, O wdowie, niewiernym mężu i fontannę [w:] Legendy Poznania, Poznań 2003.

Grafika:

  1. Agnieszka Zaprzalska

Komentarze

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.