Legenda o Bernardzie – patronie piwowarów i piwoszy

Wśród poznańskich legend są takie, które zanotowane zostały tylko raz, potem przeszły zawiłą ścieżkę odpisów, aż otrzymaliśmy opowieść, którą trudno jest jednoznacznie zrozumieć. Tak rzecz się ma z legendą o wizycie św. Bernarda w Poznaniu. Zanotowana została po łacinie pod koniec XVIII wieku przez Franciszka Rzepnickiego w Vitae Praesulum Poloniae, czyli Żywotach biskupów polskich, którą u schyłku XIX wieku odnalazł i opublikował niemiecki badacz i popularyzator wielkopolskich podań – O. Knoop, a na początku XXI wieku znalazła się w kompendium poznańskich legend opracowanym przez Krzysztofa Kwaśniewskiego. Historia opowiedziana pierwotnie po polsku, zapisana po łacinie, przetłumaczona na niemiecki, a z niemieckiego znów przełożona na polski, brzmi następująco:

W czasie kiedy Wawrzyniec II [Goślicki] był biskupem poznańskim. Przybył raz benedyktyński zakonnik Bernard, który później został ogłoszony świętym, z klasztoru w Lubiniu [koło Gostynia] do Poznania, aby tu w czasie Wielkanocy brać udział w nabożeństwach i wspólnie obchodzić pamiątkę męki Zbawiciela. Gdy przybył do miasta wczesnym rankiem, zastał jego bramy jeszcze zamknięte, czym się bardzo zatroskał, bo przeszkodziło mu to w uczestnictwie w porannej mszy. Padł więc na kolana i modlił się do Boga ze łzami, by mu umożliwił spełnienie jego ślubu. Po długiej modlitwie, pełen pogodnej nadziei uczynił znak krzyża na bramie i o dziwo! Stanęła ona szerokim otworem, tak że nabożny mąż mógł wejść do miasta i następnie bez swojego udziału znalazł się z powrotem w zamku.

Na pierwszy rzut oka trudno dzisiaj dociec, jaka była istota przekazu zawartego w tej legendzie, ale warto się nad nią na chwilę pochylić i spróbować ją odkryć. Od razu wyjaśnić należy, że jej bohaterem nie jest św. Bernard z Clairvaux, „doktor miodopłynny”, który działał we Francji w pierwszej połowie XII wieku. Przywołana w opowieści postać Wawrzyńca Goślickiego, który funkcję biskupa poznańskiego sprawował w latach 1601-1607, wskazuje bowiem jednoznacznie na postać Bernarda z Wąbrzeźna, który zmarł 2 czerwca 1603 roku, co oznacza, że za rządów biskupa Goślickiego, przynajmniej trzykrotnie miał okazję pojawić się w Poznaniu w okresie Wielkanocy. Legenda opowiada o tym, że ojciec Bernard zamarudził w drodze do Poznania i nie zdążył dotrzeć do miasta przed zamknięciem bram. Zrozpaczony, że przyjdzie mu nocować na zewnątrz, w modlitewnym geście padł na kolana, długo pozostając w tej pozycji. Gdy wreszcie wstał, minę miał pogodną i spokojną, a uczyniwszy znak krzyża, brama się otworzyła i siłą tajemnej mocy znalazł się w mieście.

Gdy wyobrażam sobie tego benedyktyńskiego mnicha, który pojawia się przed zamkniętymi miejskimi wrotami, przed oczami staje mi obraz uśmiechniętego, nieco upasionego zakonnika, który na swym wózku transportuje klasztorne specjały, najczęściej zamknięte zresztą w beczkach. Zaproponowanie kilku bukłaczków doskonałych nalewek strażnikom miejskim, niewątpliwie skuteczniej otwierało bramę niżeli czynienie przed nią znaku krzyża. Opowieść o tym, że mnichowi zależało na obchodzeniu świąt Wielkiej Nocy, ze względów religijnych, akurat w Poznaniu, wydaje się mało wiarygodna, gdyż kontemplacji i skupieniu nad Męką Pańską na pewno bardziej sprzyjały klasztorne cele w Lubiniu niż pełne ludzi, hałaśliwe miasto. Przybycie mnicha do Poznania raczej nie wiązało się więc z pasyjnymi uroczystościami Wielkiego Piątku, ale z radosnymi dniami Zmartwychwstania, celebrowanie których wszak nie mogło się obyć bez klasztornych trunków. Pojawienie się tak doskonałych napitków z pewnością ucieszyło mieszkańców, lecz musiało oburzyć lokalnych przedsiębiorców zawodowo zajmujących się wyszynkiem alkoholi. Oni to zapewne donieśli staroście, że dostawca z lubińskiego klasztoru nielegalnie wjechał ze swymi towarami do miasta. Starosta natychmiast zareagował, wysyłając hajduków, by zatrzymali handlarza – to zdaje się wyjaśniać zagadkowe sformułowanie, że mnich „bez swego udziału” znalazł się na zamku, który był siedzibą starosty generalnego Wielkopolski oraz więzieniem.

Irytacja włodarzy miasta wynikała z tego, że mnich wjechał do miasta po zmroku, kiedy nie można było otwierać bram miejskich, a co więcej, kiedy nie działała już miejska kamera celna, co sprawiło, że nie zapłacił podatku za wwożone towary. Sprawa była poważna, chodziło bowiem zarówno o naruszenie praw miejskich, jak i przepisów akcyzowych. Gdy wydawało się, że nic nie uchroni zakonnika przed konsekwencjami, ten przedstawił swoją, alternatywną, wersję wydarzeń, w której nie korumpował miejskich strażników, nie wjeżdżał do miasta po zmroku z wozem pełnym kontrabandy ani nie unikał płacenia miejskich podatków. Był natomiast pełen szczerego pragnienia, by zdążyć na poranną mszę i to żarliwe modły sprawiły, że wykonany przezeń znak krzyża otworzył bramy miejskie. Dzięki temu sprawa przestawała podlegać jurysdykcji władz cywilnych i – jako że chodziło o pewien rodzaj cudu – przechodziła pod ocenę sądu biskupiego. Stąd notatka o tym zdarzeniu znalazła się w zapiskach związanych z biskupem poznańskim Wawrzyńcem Goślińskim, który jako wybitny polityk, publicysta, a także możny mecenas uczonych i artystów, z pewnością docenił inteligencję mnicha i spryt, który pozwolił mu ujść bez szwanku z tak trudnej sytuacji.

Pojawią się pewnie głosy, że moje dociekania są kompletnie pozbawione oparcia w prawdzie historycznej, a może nawet, że szargam dobre imię świętego męża, czyniąc z niego pokątnego handlarza alkoholem z klasztornym certyfikatem. Mowa jednak o legendzie, zatem świadomie pozwalam sobie na swobodę interpretacyjną. Niemniej w przypadku Bernarda z Wąbrzeźna ma ona naprawdę rzetelne uzasadnienie, bowiem kwestie związane z produkcją i handlem alkoholem bezpośrednio wiążą się z jego postacią. Wspomnieć warto, że szczególną czcią otaczany był przez mieszkańców Grodziska Wielkopolskiego. Miasto już od XIV wieku utrzymywało się z produkcji słynnego, grodziskiego piwa; u schyłku XVI wieku lokalne browary zaczęły bankrutować, bo wody było coraz mniej, była coraz gorszej jakości, a bez doskonałej wody nie da  się produkować złotego płynu. Zrozpaczeni browarnicy zwrócili się o ratunek do ojca Bernarda z lubińskiego klasztoru, zakonnik przybył do miasta, pobłogosławił wyschniętą studnię, a w tej pojawiła się woda o fantastycznych właściwościach.

Legenda o tym cudzie, będącym efektem działania ojca Bernarda, znajduje pośrednie potwierdzenie w źródłach. Właściciel Grodziska Wielkopolskiego – Jan z Ostroroga herbu Nałęcz – postanowił bowiem zadbać o racjonalne korzystanie z cudownie przywróconej wody i w związku z tym – 23 marca 1601 roku – zniósł dawniejsze przepisy cechowe i nadał grodziskim piwowarom nowy, jednolity statut. Grodziszczanie natomiast – pragnąc oddać cześć swemu świątobliwemu dobroczyńcy – raz w roku, w święto Bernarda, wysyłali delegację do lubińskiego klasztoru, która zawoziła tam jako votum beczkę grodziskiego piwa. Grodziscy browarnicy nieustającemu wsparciu Bernarda przypisywali spektakularne sukcesy, jakie odnosiło ich piwo. Już w XVIII wieku grodziskie browary wyparły z Wielkopolski importowane piwa i rozpoczęły eksport swojej produkcji na tereny Brandenburgii, Prus i Śląska, a także do Lubeki, Bremy, Królewca i Gdańska. W XIX wieku browary stały się wielkimi zakładami przemysłowymi i rozwijały się na tyle dynamicznie, że już w 1902 roku założono Towarzystwo Akcyjne Browar Grodziski św. Bernarda, które dostarczało złocisty trunek na rynki całego świata, a musiało to być piwo doskonałej jakości, skoro w Nowym Jorku jego butelka kosztowała dolara. W okresie międzywojennym patron dbał o powierzone jego opiece przedsiębiorstwo. Grodzisk był stolicą polskiego piwowarstwa: tu miał siedzibę Krajowy Związek Piwowarów, tu wydawano branżowe pisma, tu odbywały się egzaminy mistrzowskie i czeladnicze na słodownika, warzelnego czy piwnicznego. Piwo z Grodziska odnaleźć było można w 37 krajach, nawet tak odległych, jak Australia, Chiny, USA, Filipiny czy Singapur. Po wojnie browary upaństwowiono, a jako że w Polsce Ludowej święty opiekun nie był mile widziany, zakłady zaczęły podupadać, przekształcając się z firmy eksportującej na sześć kontynentów w przedsiębiorstwo o regionalnej skali działalności. W 1994 roku browar został oficjalnie zamknięty.

Na szczęście jednak się okazało, że w XX wieku nie zakończyła się historia grodziskiego browarnictwa. Jego reanimacja związana zaś była z postacią… bohatera tej legendy. Zaczęło się od inicjatywy lubińskich benedyktynów, którzy podjęli starania o wyniesienie ojca Bernarda z Wąbrzeźna na ołtarze, co zaowocowało wydaniem przez Stolicę Apostolską (w dniu 18 marca 2009 roku) dekretu wyrażającego zgodę na rozpoczęcie procesu beatyfikacji zakonnika. Jesienią tego samego roku – na rynku w Grodzisku Wielkopolskim – odsłonięty został pomnik przedstawiający Bernarda z Wąbrzeźna. Stanął on tuż obok studzienki, w której – dzięki jego działaniom sprzed czterech wieków – pojawiła się woda. Patron piwowarów odwdzięczył się  grodziszczanom bardzo szybko, bo już w 2012 roku zrujnowana warzelnia piwa została kupiona przez Browar Fortuna, który ją reaktywował i dzięki temu już w 2015 roku na sklepowych półkach pojawiło się tradycyjne „Piwo z Grodziska”.

I jak wobec tak dobitnych oraz licznych dowodów szczególnego zainteresowania św. Bernarda z Wąbrzeźna piwowarstwem uwierzyć, że przez poznańską bramę miejską, po zmroku, przepuszczono go ze względu na jego modlitwy i uczyniony znak krzyża, nie zaś dzięki poczęstowaniu strażników beczułką doskonałego trunku?

Paweł Cieliczko

Bibliografia:

  1. Knoop, SagenundErzahlungenaus der ProvinzPosen, Poznań 1893, s. 189
  2. Franciszek Rzepnicki, Vitae PraesulumPoloniae, Poznań 1762, t.2, s. 145.
  3. Krzysztof Kwaśniewski, Poznańskie legendy i nie tylko, Poznań 2005, s. 176.

Grafika:

  1. Agnieszka Zaprzalska.

Komentarze

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.