Chwaliszewo

Legenda o krawcu Chwaliszewie

Chwaliszewo przez wieki było wyspą położoną w ramionach Warty, pomiędzy Ostrowem Tumskim a Poznaniem, należącą do katedry poznańskiej. Nazywano ją Groblą Kapitulną. Niektórzy określali ją też Waliszewem, a pochodzenie tej nazwy wiązane było z toponimicznym założycielem osady, jakimś mitycznym Waliszem, Faliszem czy Chwaliszem, którego pierwsza litera imienia brzmiała głucho w języku niemieckich osadników. Niemcy pochodzenie nazwy wiązali także z faktem, że miejsce to otoczone było wałami rzecznymi (Fluss-Wellen), które spolszczono na Waliszewo.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że na początku XV wieku Grobla Kapitulna określana  była już jako Chwaliszewo w dokumentach urzędowych. Pierwszy zapisek pochodzi z 1402 roku i wówczas pojawia się Chwaliszew seu Chwalibogowo, co – zdaniem historyków – dowodzi, że swój początek bierze ona od rodu Chwaliszewskich herbu Rola-Trąba, pochodzących z wielkopolskiej wsi Chwalibogowo. Ludzie związani z Kościołem podnosili, że to zupełnie przypadkowa zbieżność, a drugi człon nazwy nie pochodzi wcale od żadnego Chwalibogowa, a stąd, że przez Chwaliszewo prowadziła droga wiodąca do Katedry, zaś wędrujący nią pątnicy głośno chwalili Boga. Żadne z tych wyjaśnień nie zyskało statusu twierdzenia naukowego, nie zdobyło zdecydowanej przewagi nad pozostałymi i nawet w Wikipedii napisano, że nazwa pochodzić może od legendarnego krawca Chwaliszy.  O tym rzemieślniku będzie ta opowieść.

Wydarzyć się to miało w czasach, gdy władzę nad ziemiami Polan sprawował mądry król Lech, który miał swą stolicę w Gnieźnie. Poznań w tych czasach znajdował się się na wyspie Ostrów Tumski, leżącej w ramionach Warty i Cybiny. Na wschodzie, za Cybiną, znajdowały się podgrodzia Ostrówek i Śródka, natomiast na zachodzie – pomiędzy nowym i starym korytem Warty – rozłożona była rozległa wyspa, na której znajdowała się osada rybaków i rzemieślników. W czasach przedhistorycznych poszczególne miejsca nie miały jeszcze swoich nazw, a imion nie nadawano nawet ludziom, którzy określani byli przydomkami łączącymi się z ich szczególnymi talentami czy przywarami.

Podobnie było ze starym, kulawym, garbatym krawcem, który mieszkał w skromnej chatce… Nie, tak wcale nie było, chatka wcale nie była uboga… W innych rejonach Polski bohater legendy musiał być biedny, w Wielkopolsce krawiec – nawet kulawy i garbaty, ale pracowity – był bogaty i mieszkał w nowym, murowanym domu nad Wartą. Mógł sobie na taki dom pozwolić, bo nie miał żony ani dzieci na utrzymaniu, a zarabiał doskonale, gdyż był bardzo dobrym i dobrze wynagradzanym krawcem.

Człowiek ten ze względu na swe ułomności fizyczne nie znalazł kobiety, która chciałaby go poślubić i dać mu dzieci. Kalectwo sprawiło także, że nie mógł zająć się żadną pracą wymagającą siły fizycznej, nie mógł zostać myśliwym, rybakiem ani bartnikiem, nie mógł także zajmować się wyrębem drzew, szkutnictwem, stolarstwem czy ciesielką. Wybrał zawód krawca, który nie wymagał szczególnej siły fizycznej ani sprawności. Krawcem był zresztą doskonałym, na brak klientów nie narzekał, a jako że nie miał rodziny, przyjaciół ani innych specjalnych zajęć, całą swą energię i zaangażowanie koncentrował na pracy. Przyjmował dużo zleceń, wywiązywał się z nich terminowo, znany był z rzetelności.

Krawiectwo w czasach prehistorycznych to było jednak coś zupełnie innego niż obecnie. Nie znano wówczas nici i igieł, a działania krawca polegały na takim przycinaniu i wiązaniu skór zwierzęcych, żeby dobrze trzymały się na ramionach noszących je osób i przylegały do ich ciał, chroniąc przed wiatrem i zimnem. Podobnie zresztą było z płótnami, które łączono węzełkami, by przylegały do ciała i osłaniały przed słońcem. Wszystkie te zabiegi nie przynosiły jednak oczekiwanych rezultatów. W zimowe dni i tak mróz wdzierał się pod nieszczelne futra i ludzie marzli. Podobne problemy był z płótnami, które chronić miały przed letnim upałem – związane na ramionach, rozwiązywały się łatwo i opadały i zamiast ułatwiać pracę, bardzo ją utrudniały. Nikt nie potrafił zaradzić tym problemom, mimo że wszyscy się nad nimi głowili. Myślał o tym także nasz bohater, lecz i on nie znajdował rozwiązania. To, jak na nie w końcu wpadł, opisała szczegółowo Zofia Skorupska:

Aż wreszcie za sprawą wszechpotężnego przypadku od niechcenia przedziurawił ostro zakończonym patykiem dwie skóry brzegami na się złożone. I wtedy z nagła przyszła mu myśl szczęśliwa:

– Spętlij tak skóry, jako są złożone!

Porywa ułomny krawiec szczecinę, okręca nią po dwakroć dziury niebacznie zrobione i wiąże dwa końce ze sobą. Niecierpliwa ręka pochwytuje spojenie, próbuje, szarpie, szarpie coraz mocniej.

– Trzyma się! Związane! – raduje się krawiec.

Pomysł okazał się świetny – z czasem jeszcze garbaty krawiec udoskonalił swoją metodę. W tamtych czasach nie mógł jej opatentować i czerpać dochodów z samego pomysłu, pracował więc jeszcze więcej stosując ją w praktyce. Jego sława rozeszła się po całej okolicy, tak że całe tłumy ludzi ciągnęły do niego, żeby im spasował ubrania na lato i zimę. Krawiec był bardzo pracowity, zadowoleni ludzie chwalili kunszt jego pracy, a przede wszystkim nadziwić się nie mogli równym szwom, którymi łączył skóry czy bławaty płócien. Na „szwy” mówiono wówczas „szewy”, a jako że ludzie chwalili szwy (szewy), jakimi łączył materie krawiec, przyjęło się nazywać go „Chwaliszewą”.

Sława niezwykłego krawca dotarła aż do stołecznego Gniezna, a jego umiejętnościami zainteresował się sam król Lech, który postanowił osobiście przekonać się o kunszcie  mistrza krawieckiego. Przybył do jego domu incognito, pozdrowił bogów i wdał się z krawcem w długą rozmowę. Krawiec odpowiadał wędrowcowi na wszelkie pytania, a przy tym był skromny i nie okazywał żadnej dumy ani zarozumiałości. Bardzo tym ujął Lecha, który postanowił mu w końcu zdradzić, kim tak naprawdę jest. Wiadomość o tym, że sam sędziwy praojciec wszystkich Lechitów zawitał do chaty biednego krawca, bardzo poruszyła Chwaliszewę; prawo gościnności nakazywało podjąć czymś odpowiednio godnym tak dostojnego gościa, a w chałupie było pusto. Wziął wreszcie krawiec najpiękniejsze odzienie, jakie uszył ze skór delikatnych i puszystych, zszytych ozdobnymi szwami i podarował je królowi:

– Piękny dar, piękny a kosztowny – chwali Lech, oglądając robotę, – cóż w zamian za nie żądasz.

Obruszy się krawiec i oburzony żywo rzeknie.

– Nic, panie, mi nie trzeba, we wszystko opływam, oprócz ludzkiego serca nic mi nie dostaje. Z wdzięczności wielkiej ofiarować wam chciałem trud rąk moich, abyście wdzięcznie mnie pamiętali. Weźcie ten dar, a łaskę mi wyrządzicie.

Wzruszyła króla Lecha odpowiedź garbatego i kulawego krawca, który stwierdził, że we wszelkie dostatki opływa, a tylko smutno mu, że dzieci nie ma i po jego śmierci imię jego zaginie i nikt go nawet nie wspomni. Rozłożył władca szeroko ramiona, uściskał skromnego krawca, a potem wydał królewskie postanowienie, które miało zaradzić jedynej trosce Chwaliszewy:

– Choć sam jesteś na świecie, samotny a opuszczony, przecie pamięć o tobie zaginąć nie może, miast dzieciom przekazać swe imię, oddasz je ziemi – odtąd kawalec ten, śród starej a nowej Warty leżący, zwać się będzie od twego zawołania: Chwaliszewem. Rozkazuję, aby ta nazwa przetrwała wieki, a na onym spłachciu ludzie Chwaliszewie podobni, prawi i dzielni szwacze zawżdy się osiedlali.

Stało się tak, jak postanowił król Lech. Wyspę pomiędzy Ostrowem Tumskim a Poznaniem nazywano odtąd Chwaliszewem. Sława jej rzemieślników i opieka Kościoła były zaś tak skuteczne, że w 1444 roku w Weredynie Wielkim, tuż przed bitwą warneńską, król Władysław III wydał przywilej lokacyjny, czyniący Chwaliszewo miastem. Był czas, że chwaliszewscy krawcy, szewcy i inni wytwórcy byli tak pracowici, że stanowili poważną konkurencję nawet dla potężnego Poznania. Gdy w 1802 roku władze pruskie włączyły Chwaliszewo w granice miasta, stało się ono najbardziej niezależną, ale i niebezpieczną dzielnicą miasta. Pamięć po miejskich prawach Chwaliszewa, po jego ratuszu, szpitalu, dwóch kościołach, kilkunastu browarach oraz moście chwaliszewskim uległa już zatarciu, tak jak rozbójnicza przeszłość dzielnicy, o której pisał Włodzimierz Scisłowski:

… Nie ma już juchtów na Chwaliszewie,

O ich wyczynach nikt dzisiaj nie wie,

sławę Czartorii pokrywa kurz.

Uleciał z dymem ten dawny fason,

zasypał wszystko miałki piach czasu,

nawet i Warty nie ma tu już.

Nie ma już juchtów na Chwaliszewie,

nie ma romansów co były drzewiej

nie ma tych knajpek, gdzie gwar i ruch!

I tylko czasem wiatr w starej rynnie

tamte melodie powtórzy płynnie –

i znów cisza, że wytęż słuch …

Gdzie podziały się Edy

i Jurasy zadziorne,

co umiały kpić z biedy,

no i zawsze być w formie?

Gdzie podziały się szynki

z klientelą niezłomną?

Są już tylko wspominki,

lecz i o nich zapomną!   

Nie ma już śladów po lilipucim miasteczku Chwaliszewo położonym na Grobli Kapitulnej, niewiele zostało z przedwojennej zabudowy tej dzielnicy, nie ma już mostu chwaliszewskiego, a stare koryto Warty zostało zasypane. Nie pamiętamy już ludzi, którzy mieszkali na Chwaliszewie jeszcze kilkanaście lat temu tworząc czarną legendę tej dzielnicy. Wszystko to przeminęło, ale – tak jak zapowiedział król Lech – pozostała na zawsze pamięć o kulawym i garbatym krawcu, którego wszyscy chwalili za to, że doskonale łączył skóry i materiały perfekcyjnymi „szewami”.

Na koniec warto zadać jeszcze jedno pytanie. Czy w jakimkolwiek innym miejscu Polski, mogło się zdarzyć tak, że patronem wyspy, miasta czy dzielnicy zostałby nie członek możnego rodu, a garbaty i kulawy krawiec? Przecież nawet tak zasłużony dla Krakowa krawczyk Dratewka, który uwolnił gród od wawelskiego smoka, nie został patronem żadnej krakowskiej dzielnicy.

Paweł Cieliczko

Bibliografia:

  1. Jan Kaczmarek, Poznańska Wenecja, Poznań 2011.
  2. Zofia Skorupska, Chwaliszewo [w:] Legendy dawnego Poznania, Poznań 2006, s. 29-32.

Grafika:

  1. Agnieszka Zaprzalska

Komentarze

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.