Wilda

Legenda o powstaniu Wildy

W przywileju lokacyjnym wydanym w 1241 roku dla Poznania przez książąt Przemysła I oraz Bolesława Pobożnego wieś znajdująca się na południe od miasta nazywała się Wierzbicą. Od XV wieku w dokumentach municypalnych funkcjonuje ona jako Wilda, a jej nazwa pochodzi od nazwiska Mikołaja Wildy, który przybył do Poznania z Norymbergi w 1452 roku. Osadnik był bardzo zamożny i cieszył się wielkim szacunkiem, bo już w 1461 roku (a potem w 1481 roku) pełnił urząd poznańskiego burmistrza. Badacze twierdzą, że nazwa obecnej dzielnicy Poznania ma pochodzenie patronimiczne i pochodzi właśnie od nazwiska tego niemieckiego kolonisty, które z kolei wywodzi się od niemieckiego słowa ‘wild’ (‘dziki’).

Legenda miejska pochodzenie nazwy Wilda lokuje jeszcze w średniowieczu. Osadnik miał przybyć do Poznania w połowie XIII wieku, gdy piastowscy książęta nadawali miastom przywileje lokacyjne na prawie magdeburskim, aby zachęcić kolonistów do osiedlania się na ziemiach polskich wyludnionych po najazdach tatarskich. W gronie niemieckich osadników pojawił się wówczas człowiek, który nie chciał zamieszkać w mieście, a nawet na wsi i szukał miejsca odludnego. Swój dom zbudował nad rzeką, z dala od jakichkolwiek sąsiadów. Ludzie namawiali go, by zbudował sobie chatę bliżej nich, żeby nie mieszkał samotnie, daleko od wszystkich, bo to niebezpieczne i ryzykowne. Julia Męcińska, relacjonując wierszem legendę o samotnym osadniku, tak opisywała tę sytuację:

W naszym Poznaniu osadnicy żyli

i magdeburskim prawem się rządzili,

przez stałych mieszkańców traktowani zgodnie,

żyli swobodnie wszyscy ci przychodnie.

Kto wsi nie lubił, mógł zamieszkać w mieście,

lecz jeden Niemiec nie chce wsi, ni miasta,

jego nęciło daleki przedmieście

w szczerniutkim polu, gdzie zboże urasta.

Radzą mu szczerze inni osadnicy,

w której korzystniej osiąść ma dzielnicy,

ale on ziomkom przekonać się nie da,

jeno powtarza ciągle jedno „will da!”.

Długo radzono ze sobą wzajemnie,

że tak samotnie mieszkać nieprzyjemnie,

lecz on dziękując za troskliwość grzecznie –

„will da” powtarza mieszkać nie gdzie indziej. –

„Niechaj-że mieszka, gdzie chce ów asandziej” –

mówili ludzie. Wilda go przezwali

i gdzie chciał chatkę, budować mu dali.

Niemiecki osadnik znalazł sobie obszerny teren, przylegający do brzegu Warty i tam zbudował dom oraz skromne zabudowania gospodarskie. Odważna decyzja bardzo mu się opłaciła, bo objął w posiadanie żyzne pola, które przynosiły mu wspaniałe plony. Chłop nazywany Wildą rozbudowywał swoje gospodarstwo i z każdym rokiem stawał się coraz bogatszy. Zdobyty majątek z odludka uczynił pyszałka, który pouczał krajan, podkreślał wyższość swej inteligencji i trafność podejmowanych przez siebie decyzji (wszak bardzo szybko z ubogiego osadnika stał się bogatym posiadaczem ziemskim):

„To wszystko moja zdobyła mi śmiałość –

chwali się Wilda przez zarozumiałość –

nim wy półzłotka zarobicie w mieście,

z mej osady mam już złotych dwieście.

Pomyślcie, zarobek wasz jest byle jaki,

to wyście przy mnie jak liche żebraki,

mogliście śmiało w swoim landzie zostać,

takim dochodom tam też można sprostać,

na tośmy chętnie w te strony przybyli,

abyśmy więcej niż u nas zdobyli,

ale z was liche głowy, niedołęgi,

spójrzcie na moje konie i zaprzęgi,

jam był osadnik jak wy byle jaki,

jam panem włości niby dziedzic jaki” –

prawił wyniośle przewracając białka.

Wszyscy uciekli od tego pyszałka.  

Julia Męcińska pisze dalej o tym, że to samochwalstwo i wywyższanie się ponad innych sprawiło, że ludzie zaczęli unikać bogatego chłopa Wildy, któremu coraz bardziej doskwierała samotność. Nie chciał jednak się przełamać i udać się do innych osadników, bo obawiał się, że gdy zacznie z nimi nawiązywać normalne relacje, to będą oczekiwali od niego pożyczek, które uszczuplą jego majątek i z tego właśnie skąpstwa popadał w coraz większą izolację od reszty wspólnoty.

Zofia Skorupska wskazuje z kolei, że bogaty chłop Wilda unikał swoich towarzyszy, gdyż czuł się znacznie lepszy od nich, a jego aspiracje sprawiły, że chciał awansować na kolejny stopień w drabinie społecznej. Wiązało się to z poważną inwestycją, jaką było zbudowanie młyna wodnego. Posiadanie własnego młyna zwielokrotniłoby dochody Wildy, bo wówczas nie sprzedawałby już ziarna, które zebrał z pól, ale przerabiałby je na mąkę i spieniężał ze znacznie większym zyskiem. Jak postanowił, tak uczynił. Jesienią, po żniwach, nie sprzedał zebranego zboża, tylko pozostawił je w komorze, a zatrudnił parobków, którzy zbudowali mu młyn. Zimą sam mielił w nim ziarno, a wiosną, na przednówku, gdy żywności w mieście brakowało i ceny były najwyższe, pojawił się ze swoją mąką w Poznaniu, sprzedając ją z wielkim zyskiem.

Po zbudowaniu młyna i rozpoczęciu sprzedaży mąki własnej produkcji, Wilda stał się jeszcze zamożniejszy i jeszcze bardziej izolował się od lokalnej społeczności, wierząc, że sam majątek gwarantuje mu ludzki szacunek i pozycję społeczną. Zofia Skorupska pisze, że Wilda nie chciał mleć w swym młynie cudzego zboża, tłumacząc to tym, że mu się sita plewami zabrudzą; autorka kładła to na karb jego pyszałkowatości i przeświadczenia o tym, że sam dysponuje najlepszym zbożem. Było chyba jednak inaczej. Zamożny Wilda nie identyfikował się już z chłopstwem, z którego się wywodził, ale nie chciał być także młynarzem, a stałby się nim, gdyby usługowo mielił ludziom zboże. Wilda chciał być dziedzicem, który ma własne pola, własny młyn, a z czasem pewnie też własny browar i gorzelnię.

Zofia Skorupska przytacza opowieść o tym, jak to pewnego zimowego dnia wygnał ze swego obejścia kobietę, która przyniosła swoje marne zboże, licząc, że Wilda zgodzi się je zmielić, aby miała mąkę na upieczenie chleba. Bogacza nie wzruszyła opowieść o głodnych dzieciach, wygnał proszącą ze swego podwórza, grożąc, że jak sama nie odejdzie, to poszczuje ją psami. Wdowa, opuszczając gospodarstwo Wildy, przeklęła go za jego egoizm i skąpstwo, mówiąc, że przyjdzie taki czas, że zadławi się swoim bogactwem. Bogacz roześmiał się tylko na jej słowa. Kiedy jednak zapadł zmierzch, słowa ubogiej wdowy powróciły do niego, wwiercały się w pamięć, czyniły go coraz bardziej niespokojnym. W końcu zmorzony pracą i nerwami zasnął.

W nocy obudził go dziwny, grobowy chłód, jaki poczuł przez sen. Podniósł się z łóżka, a chłód się wzmógł. Stał po kolana w lodowatej wodzie. Warta nocą wylała z koryta, jej wody zajmowały nadrzeczne tereny, wdarły się także do domostwa Wildy. Kolonista chciał uciekać, ale przypomniał sobie o pieniądzach schowanych pod podłogą; starał się je wydobyć, zanurzał się w lodowatej wodzie, nie mógł ich jednak odnaleźć w ciemności. Gdy zaczął pojmować, że nie uratuje kosztowności i musi ratować siebie, woda sięgała mu już powyżej pasa. Zanurkował raz jeszcze i odnalazł worki z pieniędzmi. Przytroczył je i chciał wydostać się z domu, ale nie mógł odnaleźć zasuw, ani zdjąć belek, którymi się zabarykadował. Tymczasem woda wlewała się do jego domu. Zofia Skorupska tak kończy opowieść o ostatnich chwilach niemieckiego osadnika:

Powaliła fala Wildę, nogi mu niby kłonica podcięła. Upadł na twarz, przecie rękami mocno oplótł sakwy ze złotem na piersiach, nie chcąc się ze swym bogactwem rozstać nawet w godzinie skonania. Zimne wody Warty ku morzu niosły w tym roku wielkich powodzi dobytek ludzki, niosły mienie, dorobek lat całych, niosły i ciało Niemca kolonisty, co przezwisko miał Wilda.   

Julia Męcińska nie przywołuje dramatycznego spotkania Wildy z wdową, przekleństwa rzuconego przez kobietę, ani też nie pisze o ostatnich chwilach niemieckiego osadnika. Relacjonuje finał tej historii z perspektywy innych mieszkańców Poznania, którzy nie utrzymywali kontaktów z bogatym odludkiem. Pisze, że wcale nie trzeba być złym człowiekiem, żeby zginąć samotnie, ale wystarczy, że się zaniedba relacje z innymi ludźmi, a wówczas jest się skazanym na siebie;  bez życzliwości i pomocy innych ludzi trudno sobie poradzić, kiedy zdarzy się nieszczęście:

O osadniku Wildzie zapomniano,

jego pomocy nigdy nie wzywano,

a gdy na wiosnę powódź nawiedziła,

nasz Poznań, że łódkami w ulicach jeżdżono,

pamięć o Wildzie wśród ludzi odżyła,

że mu z pomocą także pospieszono.

Ale ratować już było za późno,

z wody wyłaniał się jeno szczyt chaty,

dotrzeć do wnętrza starano się próżno,

utopił się wraz z mieniem osadnik bogaty.

Ludzie smutno tylko kiwali głowami,

wszak mu niegdyś wszystko odradzali,

nie słuchał rad ich, że „will da” dowodził,

to i sam sobie uporem zaszkodził.

Zofia Skorupska pisała, że gdy wody Warty opadły, tam, gdzie był dom i zabudowania gospodarcze Wildy, powstał pagórek. Zachował się natomiast młyn, który szybko naprawiono i przez długie lata służył wszystkim okolicznym mieszkańcom. Na pamiątkę po bogatym osadniku, który go zbudował, nazywano go Wilda i od tego młyna wywodzić się ma nazwa współczesnej dzielnicy Poznania. Julia Męcińska swoją opowieść zamknęła natomiast bardziej ogólnym sformułowaniem:

Na tej dawniejszej pola przestrzeni

dzisiejsza Wilda nasza okazała,

chociaż jej nazwę często ktoś wymieni,

nie uprzytomni skąd ona powstała.

Warto sobie uprzytomnić, skąd pochodzi nazwa Wildy. Łatwiej nam będzie zrozumieć jej zawiłą historię oraz trudną współczesność – wywodząc się od tak niesympatycznego bohatera, Wilda naprawdę nie mogła być lepsza.

Paweł Cieliczko

Bibliografia:

  1. Krzysztof Kwaśniewski, Poznańskie legendy i nie tylko, Poznań 2005, s. 86-89.
  2. Julia Męcińska, Dlaczego Wilda? [w:] Z prastarych podań o Poznaniu, „Praca”, r. 18, 1914, s. 1238-1239.
  3. Zofia Skorupska, Wilda [w:] Legendy dawnego Poznania, Poznań 2006, s. 33-40.

Grafika:

  1. Agnieszka Zaprzalska.

Komentarze

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.