Akademia Lubrańskiego

Legenda o duchach w Akademii Lubrańskiego

Osiemnasty wiek był chyba najsmutniejszym okresem w dziejach Poznania. Miasto dzieliło trudny los Rzeczypospolitej, która była w stanie kompletnego rozkładu i nie potrafiła nawet obronić swych granic. Obce wojska wkraczały swobodnie do Polski, a w Poznaniu stacjonowały kolejno garnizony szwedzkie, saskie i rosyjskie. Okupanci nie przejmowali się miastem, nie szanowali nawet miejsc dla poznaniaków najważniejszych, mieszczanie zaś nie byli w stanie przeciwstawić się żołdackiej swawoli. Poznaniacy otuchy szukali w opowieściach o potężnych patronach posiadających nadprzyrodzone moce, którzy w najtragiczniejszym momencie się zjawią, żeby ich ocalić, a gdy ci się nie pojawiali, wyjaśniali sobie, że czasy widocznie nie są jeszcze tak dramatyczne, by wymagały ich ingerencji.

Poprzednia legenda opowiadała o tym, jak święci patronujący kościołowi bernardynów ochronili klasztor przed grabieżą ze strony wojsk szwedzkich, które stacjonowały w mieście na początku XVIII wieku. Podobna sytuacja zdarzyć się miała kilkadziesiąt lat później, gdy wojska rosyjskie, rozbiwszy Szwedów w bitwie pod Połtawą, ruszyły na zachód i wkroczyły do Poznania. Moskale zaanektowali publiczne gmachy na potrzeby stacjonującej armii. Szczególnie bolesne dla poznaniaków było przekształcenie siedziby najsłynniejszej poznańskiej uczelni – Akademii Lubrańskiego na Ostrowie Tumskim – w skład materiałów, żywności oraz karmy dla koni.

Zdarzenia te barwnie opisał Edward hrabia Raczyński w swoich Wspomnieniach Wielkopolski. Słynny poznański fundator, polityk i mecenas sztuki znać je musiał z rodzinnych opowieści, bo jego dziad Kazimierz Raczyński pełnił wówczas ważne funkcje, a od carycy Katarzyny II pobierał pensję. Jego wnuk tak opisywał niezwykłe wydarzenia, do jakich doszło w poznańskiej uczelni, a czynił to w swej doskonałej XIX-wiecznej polszczyźnie:

Nie wykroczę gdy dla potomnej przyszłym wiekom pamięci jednego dziwnego i strasznego zdarzenia krótką uczynię dedukcję. Roku 1771 pod godnymi rządami najprzewielebniejszego Wilhelma Robertsona, gdy car moskiewski po wojennej pod Połtawą ze Szweda ekspedycji wojsko swe przez Wielkopolskę ordynował, cały prawie garnizon moskiewski w Poznaniu stanął; lecz najwięcej przesławną Akademię Poznańską żołnierska oparła się licencja, tam albowiem założyli sobie magazyn, koszary i wszystkich furażów depozyt, gdzie serca tylko pobożnością i rozumy polskiej młodzieży scjencjami paść się zwykły. Znaczną była konsystencja przestępującej wojenną karność grubych barbarzyńców milicji, nie tylko rezydentom i studentom przesławnej Akademii, ale i rezydencjom, murom, sprzętom, stallom i katedrom akademickim, co wszystko albo żałosnej dewastacji, albo ostatniej incyneracji doczekało się. Lecz nie ten koniec mojego intentu. Na straż nocną deponowanych w komunalnej sali, czyli refektarzu akademickim prowiantów, wyznaczony żołdak jeden, niewczesnej i niepoczesnej nie ustrzegł się transakcji; w pierwszy sen albowiem przed północą stanęła przed nim na jawie poważnej sędziwości i majestatu osoba, pytając się go, co ma za sprawę w akademii schizmatykom i dysdentom wszystkim nieprzyjaznej dragońska wiara; na co, gdy zwyczajem narodu swego grubą i prostą dał replikę żołdak, nie zachodząc w ludzką z prostakiem konferencję, w targańca z nim tak dobrego poszła, że ledwie się na ucieczkę zdobywszy, do Hauptwachu jak nieżywy przyszedł, i którego był pułku, chorągwi lub znaku, sprawy dać z przelęknienia nie mogąc, znaki tylko na ciele sine i krwawe przez czas długi prezentował. Przydała taż osoba, że niedługo i w Polsce i w akademii przesuwać się będziecie; co się ziściło.        

Streszczając powyższą relację we współczesnej polszczyźnie, zaznaczyć należy, że wojska rosyjskie założyły w Poznaniu swój garnizon, a Akademia Lubrańskiego przekształcona została w koszary oraz główny magazyn aprowizacyjny. Rosjanie nie mieli szacunku ani dla ludzi (studentów i kleryków), ani dla gmachu, który był dotąd miejscem nauki i skupienia. Poznaniacy byli bezsilni wobec przeważającej siły wroga, ale w sukurs przyszły im duchy opiekuńcze, którym najwyraźniej także nie podobało się bezczeszczenie akademii przez rosyjskich żołdaków. Na interwencję w te ziemskie sprawy ten Duch Akademii wybrał sobie późną porę i pojawił się jednemu z wartowników trzymających nocną straż. Duch był bardzo kulturalny i najpierw zwrócił się do żołnierza z perswazją, pragnąc mu wyjaśnić, że powinien mieć więcej szacunku dla tego miejsca, które przeznaczone jest dla kształcenia katolickiej młodzieży, a nie dla żołnierzy i to jeszcze schizmatyków. Rosyjski wartownik odpowiedział duchowi grubym słowem (typowo dla jego nacji jak pisze pan hrabia). Rozgniewało to kulturalnego ducha, nieprzyzwyczajonego najwyraźniej do wulgaryzmów, złapał żołnierza, zaczął go tarmosić i rzucać nim po całym pomieszczeniu. Poraniony, poobijany i przerażony wojak uciekł z budynku i ledwie żywy dotarł na odwach na Starym Rynku. Był tak bardzo przerażony, że nie tylko nie potrafił opowiedzieć o zajściu, jakiego stał się ofiarą, ale także wskazać z jakiej jednostki pochodzi, gdzie trzymał straż i jak się nazywa.

Najwyraźniej jednak pamięć żołnierzowi w końcu powróciła, bo w przeciwnym razie nie znalibyśmy tej opowieści. Przy okazji wartownik wyjawił, że duch zapowiedział, iż Rosjanie długo w Poznaniu nie zabawią i wkrótce będą zmuszeni opuścić miasto, co się potwierdziło i wkrótce nastąpiło, jak z zadowoleniem zauważa autor. Opowieść przestraszonego żołdaka musiała szybko roznieść się po mieście, bo niedługo po tym poznańskie władze kościelne zebrały się na specjalnym posiedzeniu, żeby ustalić, kto mógł tak bardzo przerazić Moskala. Hrabia Raczyński relacjonuje to następująco:

Doniosła się ta tragedia do Hieronima Wierzbowskiego, sufragana naówczas poznańskiego i innych prałatów, którzy zgodnie wszyscy decydowali, że ta osoba prezentowała albo błogosławionego Jana Kantego, albo Jana Lubrańskiego fundatora przesławnej Akademii.  

Hrabia, za poznańskim klerem, wskazuje więc na ducha konkretnego, wybitnego męża, który uratował Akademię Lubrańskiego przed zniszczeniem przez wojska rosyjskie. Pierwszym wskazanym przez niego obrońcą Akademii Lubrańskiego był oczywiście jej założyciel biskup Jan Lubrański, który musiał przewracać się w grobie w pobliskiej katedrze poznańskiej, widząc jak wojska rosyjskie panoszą się po Ostrowie Tumskim – miejscu, który za jego czasów nabrało renesansowego blasku, kiedy to wyremontował katedrę, odnowił pałac biskupi, wzniósł psałterię dla kolegium psałterzystów (1512), a cały teren zwodociągował, wybrukował i otoczył fortyfikacjami. Najważniejszą jego fundacją była zaś Akademia Poznańska, tworzona według renesansowych reguł, która miała się zasadniczo różnić od konserwatywnej, średniowiecznej Akademii Krakowskiej. Wieść o tym, że gmach jego ukochanej uczelni zamieniony został w magazyny wojsk moskiewskich mógł rzeczywiście wzburzyć biskupa Lubrańskiego tak bardzo, że powstał z grobu i wytargał rosyjskiego żołdaka, którego tam napotkał.

Jako drugi obrońca poznańskiej akademii wskazany został Jan Kanty, czyli Jan z Kęt, który był profesorem Uniwersytetu Krakowskiego, pełniącego funkcję alma mater dla poznańskiej uczelni. Jan Kanty był szczególnie predystynowany do wystąpienia przeciwko zajęciu budynku akademickiego przez wojska rosyjskie. Odkąd papież Innocenty XI go beatyfikował (27 września 1680 roku), powierzono jego opiece studentów oraz profesorów akademickich. W 1737 roku papież Klemens XII ogłosił go natomiast patronem Polski i Litwy, miał więc też drugi powód aby wystąpić przeciwko obcym wojskom, które wdarły się na ziemie Rzeczypospolitej. Jeśli o mnie chodzi to przeprowadzenie tej akcji bezpośredniej przypisałbym właśnie Janowi Kantemu, bo ledwie cztery lata przed tymi zdarzeniami, 16 lipca 1767 roku, został kanonizowany przez papieża Klemensa XIII, a jako świeżo upieczony święty, mógł dać się ponieść emocjom na wieść o tym, że obce wojska wkroczyły w granice Rzeczpospolitej Obojga Narodów, której był opiekunem, a do tego rozłożyły się w budynku akademickim, w dwójnasób drwiąc sobie z jego kompetencji.

Biskup Jan Lubrański jest postacią powszechnie kojarzoną i szanowaną w Poznaniu, znacznie mniej znany jest święty Jan Kanty, który patronuje poznańskiemu Liceum Ogólnokształcącemu nr 3 przy ul. Strzeleckiej. Zapoznałem się z historią tego liceum i okazało się, że św. Jan Kanty został jej patronem w dość nietypowych okolicznościach. Na pierwszym zebraniu Komitetu Rodzicielskiego jeden z rodziców zapytał – „Panie Dyrektorze, a jak teraz będzie się nazywało to nowe gimnazjum?”, dyrektor nie chciał narzucać propozycji, ale rodzic nadal się dopytywał – „A którego patrona religijnego czci młodzież zakładu obecnie?”, na co dyrektor odparł, że św. Jana Kantego i tak właśnie podobno zdecydowano o uczynieniu go patronem liceum nr 3 w Poznaniu. Decyzja przyjęta została przez aklamację, zatwierdzona przez Ministerstwo Oświaty i Wyznań Religijnych, a 5 maja 1923 roku szkoła otrzymała sztandar osobiście poświęcony przez prymasa kardynała Edmunda Dalbora. Ciekawe czy uczniowie III LO wiedzą, że ich patron, który za życia czytał, wykładał i pisał uczone księgi, po śmierci, gdy wyniesiony został na ołtarze, wcale nie był taki święty i zorganizował tak skuteczny performance. Jestem pewien, że wiedza o tych mniej świętych uczynkach Jana Kantego, sprawiłaby, że uczniowie bardzo polubiliby swego patrona.

Paweł Cieliczko

Bibliografia:

  1. Krzysztof Kwaśniewski, Poznańskie legendy i nie tylko, Poznań 2004, s. 213-214.
  2. Edward Raczyński, Wspomnienia Wielkopolski
  3. Stanisław Świrko, Strachy w Collegium Lubrańskiego [w:] O założeniu Poznania i inne legendy, Poznań 2004, s. 67-69.

Grafika:

  1. Agniszka Zaprzalska.

Komentarze

komentarz

Opublikowano

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.