Legenda o trębaczu i królu kruków

Paweł Cieliczko: Legenda o trębaczu ratuszowym i królu kruków |


Najbardziej znana legenda o ptakach, które ocaliły miasto, wiąże się z gęsiami z rzymskiego wzgórza kapitolińskiego. Kiedy usłyszały one zbliżających się wrogów, gęganiem obudziły mieszkańców Wiecznego Miasta, którzy dzięki temu zdołali podjąć skuteczną obronę. Legenda o ocaleniu Poznania przez kruki jest o wiele ciekawsza. Pokazuje ona, wrażliwość, troska i pomoc okazana słabszemu czy bezbronnemu bywają nagrodzone w najbardziej nieoczekiwany sposób.

Legenda o trębaczu z ratuszowej wieży i królu kruków jest jedną z najbardziej znanych poznańskich podań i znajduje się niemal w każdym ich zbiorze. Najstarsza jej wersja, do jakiej udało mi się dotrzeć, to sztuka Zofii Zielewiczówny Trębacz na ratuszu. Ballada z XVII. wieku w trzech aktach, którą wydano w 1914 roku. Bardzo możliwe, że opowieść ta powstała niewiele wcześniej, a wiązała się z pobudzeniem zainteresowania Ratuszem, które związane było z jego wielkim remontem przeprowadzonym przez władze pruskie w latach 1910-1913. Przebudowano wówczas budynek, jego renesansowe polichromie zastąpiono ciemnym, charakterystycznym dla północnych Niemiec, boniowaniem. Możliwe, że właśnie wówczas, w legendach polscy mieszkańcy Poznania starali się zachować pamięć o polskim charakterze miasta i jego najważniejszego budynku.

Legendę o królu kruków i trębaczu z ratuszowej wieży najpiękniej – moim zdaniem – zapisał Czesław Kędzierski. Nie jestem w tym zresztą odosobniony w tej opinii, bo jego narrację wprost przytoczyli w swych zbiorach podań wielkopolskich zarówno Stanisław Świrko, jak i Krzysztof Kwaśniewski, a autorzy innych wersji tej legendy, wyraźnie korzystali z tekstu przygotowanej przez popularnego Wuja Czesia w charakterystycznym kapeluszu z szerokim rondem, który w przedwojennym poznańskim radio prowadził audycje dla dzieci, w których przybliżał im poznańskie opowieści. Poznajmy jedną z nich.

Opowiem wam dziś pewną piękną historię o ratuszu poznańskim. Ratusz poznański znacie z pewnością wszyscy […] Wznosi się on na Starym Rynku od sześciuset lat, a dumna jego, wysoka, niebotyczna wieża pamięta jeszcze chwały pełne czasy Jagiellońskie.

Z wieży tej roztacza się piękny widok na całe miasto i daleką okolicę. W wieży, tuż pod wielkim zegarem, znajduje się od dawien dawna izba tak zwanego trębacza ratuszowego. Trębacz ratuszowy był w dawnych czasach wartownikiem miejskim, to znaczy – czuwała stale we dnie i w nocy nad bezpieczeństwem miasta. Jeżeli na przykład gdzieś w mieście wybuchnął pożar, wtedy trębacz ratuszowy trąbił na alarm, wzywając mieszkańców do gaszenia pożaru.

Otóż przed wielu, wielu laty takim strażnikiem ratuszowym był zacny i wierny Przemko. Miał on syna Bolka, dla którego największą radością było przebywanie na galeryjce wieży. Przesiadywał tam też codziennie całymi godzinami. Przyglądał się ze swej wysoczyzny ludziom chodzącym ulicami, takim maleńkim jak karzełki. I przyglądał się chmurkom na niebie, które przybierały kształty różnych wielkoludów i koni, i smoków fantastycznych. I przysłuchiwał się głośnemu tykaniu zegara ratuszowego […]

Jednego razu, kiedy Bolko siedział jak zwykle na galeryjce wieży i rozmarzonym wzrokiem w dal patrzył, nagle coś czarnego runęło u nóg jego. Bolko przeraził się ogromnie, ale uspokoił się niebawem, gdy spostrzegł, że był to tylko ptak, czarny kruk. Ptak leżał u stóp jego bezsilny, z obwisłym i skrwawionym skrzydłem.

Bolko był chłopcem bardzo dobrym i litościwym dla wszystkich zwierząt. Toteż, nie namyślając się długo, podniósł ostrożnie rannego kruka, pogłaskał czule po lśniącym łebku i zaniósł do izby ojcowej. Tu wymył mu troskliwie zranione skrzydło, ranę wysmarował tłuszczem gojącym i ułożył na miękkim wełniaku, w kąciku obok swego łóżeczka.

Anna Plenzler opowiadając o tych chwilach przytacza słowa, jakimi Bolko uspokajał przerażonego ptaka:

– Nie martw się, wyzdrowiejesz, dobrze się tobą zaopiekuję. W moim domu będzie ci tak dobrze, jakbyś był w swoim własnym. Miałem kiedyś boćka, który nie mógł odlecieć a zimę, bo miał złamane skrzydło, a ja sprawiłem, że wyzdrowiał. Odleciał ode mnie dopiero na wiosnę, gdy śniegi stopniały i lody puściły. Spotkałem go potem na nadwarciańskich łąkach i gdy inne boćki uciekały, gdym się do nich zbliżyć chciał, ten zawsze podchodził i przyjaźnie stukał mnie swym długim dziobem w ramię… Miałem ja i gołębia, który cudem jakimś uszedł spod kocich pazurów. Biedak cały był poharatany, gdym go do domu przyniósł. Matuś mówiła mi: zostaw go Bolko, nie męcz, już nic z niego nie będzie. Ale ja się uparłem. Opatrywałem jego ranę i w południe, i wieczorem. I w dzień, i w nocy zajmować się nim trza było, ale ozdrowiał! Czasem nawet tu, na ratuszową wieżę przylatuje i radośnie grucha, a ziarna pszenicy, które dlań zawsze w kieszeni portek moich trzymam, z ręki mi je… I tobie mój kruku obiecuję, że krzywda żadna cię u mnie nie spotka, że pielęgnować cię będę. Zupełnie ozdrowiejesz, do swej kruczej rodziny będziesz mógł wrócić…     

Czesław Kędzierski opowiadał zaś jak Bolko troszczył się o zranionego ptaka:

Bolko siadywał teraz całymi dniami przy kruku i pielęgnował go z serdeczną litością. I jakaż była jego radość, gdy po kilku dniach kruk wyzdrowiał już o tyle, że mógł się jako tako ruszać. Od tej chwili skacząc zabawnie, kruk chodził wszędzie za Bolkiem, niby piesek wierny za swoim panem. Aliści minął dalszy tydzień, kruk zupełnie już wyzdrowiał i wtedy jednej nocy zdarzyło się coś niezwykłego. Oto kruk wskoczył na łóżeczko i dziobem uderzył Bolka lekko kilka razy w rękę. Bolko zbudził się, otworzył oczy szeroko – i nagle stała się światłość. Przed nim stał kruk, który niebawem zmienił się w małego karzełka w długim płaszczu purpurowym i ze złotą koroną na głowie. Bolko oniemiał z przerażenia. Ale w tejże chwili karzełek przemówił do niego głosem smutnym, a pełnym miłości:

– Nie lękaj się Bolku. Ja jestem królem kruków, któremu uratowałeś życie. Pewien strzelec miejski strzelił do mnie z samopału i przestrzelił mi skrzydło. I gdyby nie twoje serce litościwe, i twoja troskliwa opieka, byłbym na pewno umarł. Ale teraz nadeszła chwila, kiedy musimy się rozstać. Muszę już wracać do mego ludu kruczego. Tobie zawdzięczam dziś życie, a w podzięce za okazaną mi litość i miłość pozostawiam ci ten oto mały upominek. – Powiedziawszy to, wręczył Bolkowi małą, srebrną trąbkę, po czym rzekł jeszcze – Gdy będziesz kiedy w potrzebie, zatrąb na tej trąbce z wieży ratuszowej, zatrąb z każdego narożnika wieży na cztery strony świata i czekaj na mnie z ufnością. A teraz żegnaj mi!

I karzełek zmienił się z powrotem w kruka, skoczył na okno, rozpostarł skrzydła i zniknął w przestrzeni, wśród ciemnej nocy… Po odlocie kruka Bolko posmutniał bardzo, żal mu było ptaka, który stał mu się towarzyszem najmilszym i zabawką, i do którego przywiązał się całym sercem. Nazajutrz wyszukał w domu mocną tasiemkę, przywiązał do trąbki, po czym trąbkę zawiesił na piersi. Odtąd już nie rozłączał się z trąbką ani na chwilę.

Minęły lata i Bolko wyrósł na dzielnego młodzieńca; pomagał ojcu w czuwaniu na wieży nad bezpieczeństwem miasta, a poza tym ćwiczył się w rzemiośle wojennym jako żołnierz miejski dla obrony miasta. I wtedy to nastały ciężkie czasy dla Poznania. Wojska nieprzyjacielskie wtargnęły do Polski, stanęły pod murami Poznania i zaczęły uderzać na nie ze wszystkich stron. Poznańczycy bronili się dzielnie, a najdzielniej walczył Bolko. Ale nieprzyjaciół było bardzo wielu. I kiedy wojska nieprzyjacielskie z wielką siłą uderzyły na bramę Wrocławską, wtedy zdawało się, że maluczko, a zdobędą miasto. Kobiety, dzieci i starcy w popłochu chronili się do kościołów i pałacu arcybiskupiego na wyspie tumskiej, a przy bramie zagrożonej zostali jeno mężczyźni. Walczyli jak lwy, ale szeregi ich malały coraz bardziej.

Bolko widząc dookoła siebie tak straszne spustoszenie, szalał z rozpaczy na myśl, że ukochane miasto padnie ofiarą wroga. Ale wtedy właśnie przypomniał sobie z lat dziecięcych trąbkę i słowa karzełka., króla kruków: „gdy będziesz w potrzebie, zatrąb na tej trąbce z wieży ratuszowej na cztery strony świata i czekaj na mnie z ufnością”. I Bolko powiedział sobie:

– Wszakże jestem teraz w wielkiej potrzebie, wszakże miastu mojemu i wszystkim mieszkańcom grozi straszne niebezpieczeństwo od wroga. Pokaż więc, trąbko moja, swoją moc! – Po czym Bolko zawołał do swoich walczących towarzyszów: – Wytrwajcie bracia na stanowisku! Nie dajcie się! Ja śpieszę po pomoc! Nasze będzie zwycięstwo! Wytrwajcie! Bóg i Ojczyzna! – krzyknął i pobiegł co tchu w stronę ratusza, wbiegł po krętych schodach na wieżę ratuszową i na swej srebrnej trąbce zagrał z całych sił na wszystkie cztery strony świata.

 

Gdy przebrzmiał ostatni dźwięk trąbki, Bolko wytężył wzrok i słuch. Z zapartym oddechem czekał na to, co teraz powinno nastąpić. Hen, na dole, na murach koło bramy Wrocławskiej toczyła się dalej walka zażarta i nic nie zaszło takiego, co by zapowiadało bliski ratunek dla oblężonych. Bolko niecierpliwił się coraz więcej, każda chwila oczekiwania wydawała mu się wiecznością. Okrzyki walczących wzmagają się, rosną, aż w pewnej chwili wybuchają potężnym rykiem zwycięstwa. To wojska nieprzyjacielskie zaczynają przełamywać opór walczących obrońców.

Bolko, zobaczywszy to, myślał już tylko o tym, że nie wolno mu stać bezczynnie, że musi podążyć co prędzej naprzeciw wrogom – i choćby zginąć śmiercią walecznych. I już odwrócił się, by zbiec z wieży ratuszowej, gdy wtem ktoś przytrzymał go za kurtkę. Bolko spojrzał za siebie i jakież było jego zdziwienie, kiedy ujrzał króla kruków w płaszczu purpurowym na ramionach i w koronie złotej na głowie.

– Przywołałeś mnie – rzekł do Bolka. – Uspokój się, pomoc już bliska. – A powiedziawszy to, przyłożył do ust maleńką złotą trąbkę i zatrąbił swój sygnał królewski.

I w tejże chwili na krańcach nieba pokazały się chmury czarne, które zbliżały się z błyskawiczną szybkością. Były to olbrzymie, niezliczone, tysiączne stada kruków, nadlatujące ze wszystkich stron. Bolko zobaczywszy to, oniemiał ze zdumienia. Zafurkotało, załomotało, jak gdyby grzmot szalejącej burzy, i tysiące kruków, kracząc złowieszczo, runęły z góry wprost na wojska nieprzyjacielskie. Mocnymi skrzydłami biły napastników.

I wtedy stało się coś całkiem nieoczekiwanego. Wrogowie, sądząc, że to sam diabeł wystąpił przeciwko nim na czele swych wojsk piekielnych, rzucali broń i uciekali w popłochu. Ale kruki nie zaprzestały walki, a przeciwnie – rzuciły się w pogoń za uciekającymi i zabijały ich swoimi dziobami.

Bolko nie posiadał się z radości. Pałającymi oczyma śledził przebieg tej dziwnej walki i ostateczną klęskę wojsk napastniczych. A kiedy ostatni wróg legł pod ciosami potężnych kruków, wtedy dopiero ocknął się i odwrócił, ażeby podziękować swemu wybawcy. Ale króla kruków już nie było. Znikł niepostrzeżenie. Bolko dojrzał go w oddali, lecącego wysoko na czele swych wojsk kruczych. Zerwał więc czapkę z głowy i krzyknął a odlatującym – Żegnaj mi królu kruków! Dzięki ci, dzięki stokrotne z zwycięstwo!

Radość wielka zapanowała w mieście z powodu pogromu wroga. Bolka w nagrodę za uratowanie miasta od wroga obnoszono tryumfalnie po wszystkich ulicach i obrano wójtem miasta Poznania. A dla uczczenia tego niezwykłego zwycięstwa postanowiono, ażeby trębacz ratuszowy od tej pory grał hejnał zwycięski króla kruków stale, co godzinę z czterech narożników wieży. Hejnał ten słyszymy po dziś dzień. Kruki co prawda już nie przylatują, ponieważ srebrna trąbka króla kruków zaginęła bezpowrotnie. Bolko upuścił ją z wieży przerażony widokiem zbliżających się stad kruczych. I mimo poszukiwań, trąbki czarodziejskiej już nie znaleziono. Przepadła bez śladu. Pozostał jednak hejnał, który nam gra.   

Nie wiadomo kiedy dojść miało do zdarzeń opisywanych w tej pięknej legendzie. Co do rzeczywistych jej podstaw, wspomnieć warto, że trębaczem ratuszowym był jeden z członków straży miejskiej, która – od czasów króla Władysława Łokietka – utrzymywana była z części dochodów uzyskiwanych przez Poznań ze wsi Górczyn. Strażników nocnych zwano ceklarzami, siepaczami czy pachołkami, a strażników dziennych określano pobudkami.

Pamiątką po wydarzeniach opisywanych w legendzie jest fakt odgrywania przez ratuszowego trębacza hejnału, którym przed laty wezwany został na pomoc król kruków. Hejnalista powrócił na ratuszową wieżę w na początku XX wieku, po przeprowadzonym wówczas kompleksowym remoncie ratusza. Z tym zdarzeniem prawdopodobnie wiązało się napisanie (czy przypomnienie) legendy o królu kruków, która stała się przesłanką do powstania nowej, miejskiej tradycji.

Legenda o królu kruków to jedna z najpiękniejszych legend, jakie poznałem. Jej niezwykłość polega na tym, że jest opowieścią o bezinteresownej pomocy, jakiej chłopiec udzielił ptakowi, nie licząc na żadną na nagrodę, a która sprawiła, że mógł uratować miasto przed zniszczeniem. Aż dziw bierze, że legenda nie jest obecnie popularyzowana i nie pokazuje, jak bardzo warto dbać o zwierzęta i jak bardzo, nieoczekiwanie i niezwykłe mogą być dowody wdzięczności.

 

Paweł Cieliczko

 

Bibliografia:

  1. Czesław Kędzierski, Trębacz ratuszowy i król kruków, Poznań 1989.
  2. Krzysztof Kwaśniewski, Legendy poznańskie, Poznań 2013.
  3. Anna Plenzler, O królu kruków [w:] Legendy Poznania, Poznań 2003.
  4. Zofia Skorupska, Legendy dawnego Poznania, Poznań 2006
  5. Stanisław Świrko, Trębacz ratuszowy i król kruków [w:] O założeniu Poznania i inne legendy, Poznań 2004, s. 59-66.
  6. Hanna Warchałowska, O kruka uzdrowieniu, trąbce, ratuszu i Poznania ocaleniu, [w:] Historie dawnego Poznania, Poznań 2013, s. 16-22.
  7. Zofia Zielewiczówna, Trębacz na ratuszu. Ballada z XVII. wieku w trzech aktach, Poznań 1914.

Grafika

  1. Agnieszka Zaprzalska

Komentarze

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.