Legenda o przeklętym szlachcicu

Szatańska zabawa 

Legenda o diable, który kusił poznanióny nad Wartą nie jest jedynym przypadkiem, gdy moce piekielne starały się naruszyć spokój klasztoru poznańskich bernardynów. Dramatyczna sytuacja zdarzyła się także półtora wieku później. W Kronice Bernardynów poznańskich zapisana została dość lakonicznie.

Szatan, który już dawniej niepokoił braci tego klasztoru, także tego roku srodze ich prześladował, nie pozwalając zażywać upragnionego spokoju. Zdarzyło się, że zwłoki jakiegoś szlachcica, rycerza polskiego, ekskomunikowanego lub może porzucone, (Bóg raczy wiedzieć), zostały pochowane przed kilku dniami w naszym kościele bez żadnej wiedzy o zaciągniętych cenzurach. Po jego pogrzebie dusza, czy może szatan (nie wiadomo), przyjąwszy postać tegoż pochowanego szlachcica, dosiadłszy konia i trzymając włócznię w ręce, o północy podczas odmawiania jutrzni w chórze zjeżdżała prosto z góry na dół, wstrząsając całą nawą główną kościoła i napełniając cały klasztor zgrozą. Niepokój ten tak długo trwał, dopóki zwłoki pochowane nie zostały usunięte z kościoła i na inne miejsce przeniesione.   

Podanie o szlachcicu Stanisławie 

Krótka notatka bernardyńskiego kronikarza rozbudowana została przez Zofię Skorupską. Bohaterami jej opowieści są szlachcic Stanisław oraz gwardian klasztoru Gabriel Czerniejowski. Szlachcic przedstawiony jest jako jeden z najmożniejszych darczyńców poznańskiego zgromadzenia, który spieszy z pomocą i funduszami, gdy tylko klasztor znajdzie się w jakiejkolwiek potrzebie.

Nade wszystkimi górował przecie szlachcic jeden, włości rozległe w podle Poznania posiadający, imieniem Stanisław.

Ilekroć konwent był w potrzebie, zawżdy rozwierała się szeroce szkatuła pana Stanisława i szeroką strugą toczyły się złote polskie.

– Dobrodziejem jegomość naszym jawnym jesteś – mówili zdumieni hojnością ludzką ojcowie.

– Powinność jeno swą pełnię – skromnie odpowiadał szlachcic.

Szlachcic nawiązywał do dawnych grzechów, które ma obowiązek odkupić i tym właśnie tłumaczył swoją niezwykłą hojność. Bracia odpowiadali, że wszyscy są grzeszni, a słowa, którymi tłumaczy swe postępki, świadczą tylko o jego wielkiej skromności. W takim przekonaniu upewniał ich fakt, że pan Stanisław regularnie spowiadał się i przystępował do Najświętszego Sakramentu, a grzechy jakie wyznawał w konfesjonale, były na tyle błahe, że nigdy nie zadano mu poważnej pokuty.

Niedokończone wyznanie 

Pewnego dnia Stanisław postanowił złożyć przed ojcem Gabrielem spowiedź generalną, sprawozdanie z całego swego życia. Długo wyznawał swoje grzechy, zwłaszcza te z lat młodości, kiedy oszukiwał, wykorzystywał słabszych, rabował oraz miał na sumieniu wiele innych przewin wobec prawa ludzkiego i Bożych przykazań. Spowiednik przeraził się skalą deprawacji największego donatora klasztoru, jednak zważywszy na upływ czasu i lata odkupowania tych win, dał szlachcicowi rozgrzeszenie. Był jednak grzech, a nawet dwa, których Stanisław nie wyznał spowiednikowi. Gdy ten nakłaniał go do wyjawienia złego uczynku, który dusi mu gardło, szlachcic twierdził, że bardzo go żałuje, ale nie mógł go wypowiedzieć i jedynie wygłaszał formułkę: „Więcej grzechów nie pamiętam”.

Po niedzielnej mszy szlachcic zawsze wracał do domu piechotą, a za nim jechał pachołek na koniu, za uzdę prowadząc kruczoczarnego konia pana Stanisława. Była to forma dodatkowego umartwienia się czy pokory, a ten dziwny pochód doskonale znany był poznaniakom i mieszkańcom sąsiednich wsi. Tego roku lato było jednak bardzo upalne, a wiek i tusza pana Stanisława były znaczące, zaś strój szlachecki ciężki. Spocony, rozgrzany mężczyzna zemdlał i ledwie żywego pachołek dotransportował go do domu. Miejscowy proboszcz zdążył mu udzielić ostatnich sakramentów i tego dnia wieczorem szlachcic zszedł z ziemskiego świata. O tej samej porze żywota dokonał jego kary koń.

Konwent bernardynów już dawno postanowił, że w uznaniu wielkich zasług oddanych klasztorowi, mężczyzna pochowany zostanie w podziemiach kościoła, pośród zakonników i najbardziej zasłużonych dla wspólnoty ludzi. Jak postanowiono, tak uczyniono i po odprawieniu nabożeństw i egzekwii trumna ze zwłokami pana Stanisława złożona została w podziemiach świątyni. Myśleli zakonnicy, że czekać tam będzie w spokoju na koniec świata i przyjście Zbawiciela. Stało się jednak zupełnie inaczej.

„Niewinnego zabiłem!”

Tego samego dnia o północy zebrali się zakonnicy w refektarzu, żeby odmówić ostatnią modlitwę – jutrznię. Mówili cicho Pater noster, jakiś zegar wybił północ, a z ratusza dobiegł ich głos hejnałowej trąbki, gdy nagle usłyszeli przerażający hałas.

Śród piekielnego łoskotu, łyskania się, swędu i zapachu siarki z ciemnego kąta nawy bocznej kościoła bernardynów na spienionym koniu wyjechał ku wielkiemu ołtarzowi szlachcic. Golony łeb połyskiwał zżółkłą skórą, oczy zielonkawe miotały skry, a zaciśnięte wargi pod sumiastym wąsem raz po raz rozwierały się, by wydać krzyk, przecie dźwięk żaden zrozumiały za nic się nie wyrwał. Wyciągnięta prawica mocnym splotem włócznię obejmowała, a lewa ręka lejce podciągając, nad koniem czarnym niby smoła chciała panować. Kary przecie samowolnie na wyskok pędził ku odrzwiom kościelnym i w oną zaporę łbem uderzywszy, na miejscu zawracał, na ołtarz cwałując. Gdy znów prezbiterium się znalazł, jakoby rażony widokiem świętych Pańskich w tabernakulum w swej głębi kryjącym Przenajświętszy Sakrament, w rozszalałym biegu ku wyjściu uciekał. I tak widmo szlachcica na koniu z włócznią w ręku od wielkiego ołtarza do drzwi na wyskok jeździło.

Ojciec gwardian rozpoznał w duszy pokutującej zmarłego Stanisława i dopytywał się go, czego potrzebuje, by mógł w spokoju udać się na wieczny spoczynek. Nie otrzymał jednak odpowiedzi, a czarny rumak z przeklętym jeźdźcem zniknął pod posadzką kościoła. Następnego dnia zakonnicy odmawiali modlitwy za spokój duszy szlachcica, ale okazało się to nieskuteczne, bo kiedy wybiła godzina duchów, ponownie pojawił się na spienionym, czarnym koniu. Tym razem ojciec Gabriel odpowiednio przygotował się do akcji, mnisi zapalili poświęcone świece i rycerz okrążony został kręgiem świętego światła. Gwardian po raz trzeci zaczął nakłaniać go do wyjawienia grzechu, który nie pozwala jego duszy na spokojne opuszczenie ziemskiego padołu. Tym razem szlachcic nie miał wyjścia i musiał uczynić wyznanie.

– Zabiłem! Zabiłem tym oto żeleźcem – i w prawicy widma błyszczy włócznia ku blaskowi świec, ku twarzom zakonników skierowana – w serce ugodziłem, chociaż napominano mnie, po dwakroć, po trzykroć ostrzegano. Niewinnego zabiłem! – krzyczy tak głośno potępieniec, aż drżą mury a pobrzękują szyby jakby gromem wstrząsane.

Wyznanie grzechu morderstwa, popełnionego przed wieloma laty w zagranicznych krajach, zrobiło piorunujące wrażenie na zakonnikach. Niczym było jednak wobec przerażenia, jakie wywołał w nich drugi grzech, do jakiego przyznał się potępiony duch zmarłego szlachcica.

– W ekskomunice żyłem od lat wczesnej młodości, a klątwą biskupią obciążony, przed ludźmi przewiny skryłem i do stołu Pańskiego przystępowałem.

Oniemieli braciszkowie owo wyznanie słysząc, bezradnie ręce łamali, a znów przeżegnanie czyniąc, ze zgrozą szeptali:

– W ekskomunice żył!

– Wyklętym był szlachcic Stanisław! […]

– Przeklęty, przeklęty!! – szepczą wciąż braciszkowie.     

Na wieczne potępienie

Zamordowanie niewinnego było grzechem ciężkim, ale mieściło się w wyobrażeniach ówczesnych ludzi i można było otrzymać za to rozgrzeszenie. Zatajona ekskomunika była zaś skazą niemożliwą do zmazania. Następnego dnia trumna szlachcica Stanisława została wyniesiona z klasztornej krypty i złożono ją w niepoświęconej ziemi. Pozbycie się zwłok grzesznika z podziemi świątyni sprawiło, że świat powrócił do normy.

Widmo nie pokazało się już więcej bernardynom. Zakonnicy jako wprzódy o północy pacierze odmawiali za żywych a umarłych je ofiarowując, ufni, że każda cnota nagrodzona być musi, a występek ukarany na tym czy na tamtym świecie.

 

Paweł Cieliczko

 

Bibliografia:

  1. Krzysztof Kwaśniewski, Duch wyklętego straszy, [w:] Poznańskie legendy i nie tylko, Poznań 2004, s. 174.
  2. Rok 1610, [w:] Kroniki Bernardynów poznańskich, red. Salezy Bogumił Tomczak OFM i Jacek Wiesiołowski, Poznań 2002, s. 152-154.
  3. Zofia Skorupska, Widmo u Bernardynów, [w:] Legendy dawnego Poznania, Poznań 2006, s. 154-164.

Grafika:

  1. Agnieszka Zaprzalska.

Komentarze

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.