Legenda o trzech braciach

 

Dawno, dawno temu…

za siedmioma górami…

za siedmioma lasami…

… tak rozpoczyna się większość baśni, klechd, legend, podań czy starodawnych opowieści. Nie wszystkie legendarne opowieści sprzed stuleci rozgrywały się w odległych krainach. Posłuchajcie o trzech braciach, ich nieoczekiwanym spotkaniu oraz o tym, jak założono Poznań i skąd się wzięła jego nazwa.

I

Ta niezwykła historia rozpoczyna się wiele wieków temu, kiedy słowiańskie ludy zamieszkiwały rozległe równiny między Morzem Czarnym i Adriatyckim. Słowianie swoich władców określali Panami, a ich krainę nazywano Panonią. Wszyscy Słowianie mówili podobnym językiem, oddawali cześć tym samym bogom, a gdy ktokolwiek chciał ich zaatakować, łączyli się i wspólnie stawiali mu zbrojny odpór. Nie było na świecie takiej siły, która mogłaby się mierzyć ze zjednoczoną potęgą plemion słowiańskich, które broniły swoich domów i rodzin.

Słowianie żyli bezpiecznie w swej krainie, nie niepokojeni przez żadnych obcych najezdników. Dbali o swoją ziemię, uprawiali ją starannie, a ona odwdzięczała się im dając obfite plony. Naszym przodkom nie brakowało też mięsa, bo lasy pełne były dzikiego zwierza, a w rzekach pływały nieprzebrane ławice ryb. Lata bezpieczeństwa i dobrobytu sprawiły, że w słowiańskich zagrodach głośno było od wesołego śmiechu dzieci, których z roku na rok rodziło się coraz więcej.

Po długich latach mądrych rządów umarł mądry król królów zwany Panem.  Przywódcy słowiańskich rodów zebrali się wówczas na wielką naradę, by wybrać nowego wodza, który będzie wszystkim przewodził. Każdy z rodów rozrósł się od czasów, gdy przybyli do Panonii ze starym wodzem i każdy z przywódców  uważał się za najlepszego, najbardziej zasługującego na władzę i koronę. Skoro zaś tak wielu było kandydatów na króla, to ostatecznie nie wybrano żadnego.

Słowianie byli jednak nadal potężni, ich kraina bogata, nikt im nie zagrażał, nie rozumieli więc, jak bardzo osłabia ich brak przywódcy i rozjechali się do domów. Nie minęło wiele lat, a żyzne ziemie Panonii spodobały się barbarzyńskim Madziarom, którzy postanowili je najechać i uczynić poddanymi swej władzy. Słowianie nie zjednoczyli się jednak nawet w obliczu tego niebezpieczeństwa. Kolejne ludy były pokonywane przez najeźdźców i zmuszane do opuszczania swoich domen.

Pokonane ludy słowiańskie, wygnane ze swoich siedzib, szukały dla siebie nowego miejsca do życia, wędrowały więc ku krainom swoich braci. Nie minęło wiele czasu, a okazało się, że pola nie są już w stanie dać tyle mąki, lasy tyle zwierza, a rzeki tyle ryb, by starczyło i zarówno dla tych, którzy mieszkali tu od dawna, jak i dla przybyłych wygnańców. Gospodarze nie mogli już dłużej gościć uciekinierów i tak właśnie skończyła się słowiańska jedność, a między słowiańskimi ludami zaczął się czas sporów, walk i bratobójczych wojen.

 

II

Pan miał trzech mądrych synów. Lech, Czech i Rus dobrze rządzili swoimi ludami. Wiedzieli, że jeśli pozostaną na ziemiach, jakie dał im ojciec, to wkrótce będą musieli o nie ciężko walczyć, narażając na śmierć ludzi poddanych ich opiece. Zrozumieli, że jedynym sposobem ocalenia ich ludów jest wyruszenie na poszukiwanie nowych, niezamieszkałych ziem, na których założą swoje państwa. I tak jak ich ojciec przed laty opuścił rodzinne strony, by zaprowadzić swój lud na żyzne równiny Panonii, tak oni na czele swych ludów wyruszyli na poszukiwanie nowych siedzib dla swych rodzin.

Przygotowania do wyprawy trwały przez wiele tygodni. Myśliwi zorganizowali wielkie łowy, a potem wędzili mięso, żeby podczas wędrówki nie zabrakło im pożywienia. Rybacy suszyli na słońcu złowione ryby, by mogły długo być zdatne do jedzenia. Stelmachowie szykowali wozy, rymarze uprzęże, bednarze beczki, a stolarze skrzynie. Kobiety szykowały lniane ubrania, łykowe buty oraz zwierzęce futra, które miały chronić ich przed każdą pogodą. Ludzie Lecha, Czecha i Rusa musieli zapakować na wozy cały swój świat i ruszyć z nim w nieznane.

Zebrane przez rolników zboża zasypano do beczek i wreszcie tabory zapakowane prowiantem, narzędziami, przedmiotami codziennego użytku oraz bronią, mogły wolno ruszyć ku spotkaniu nowych ziem.

Lech, Czech i Rus zebrali wszystkie swe plemiona, złożyli bogom hojne ofiary, wynieśli bożki domowe, bo odtąd nie miały strzec już ich domostw, ale czuwać nad ich wyprawą. I wyruszyli.

I szedł ród za rodem, a każdy złożony z licznych rodzin, krewni i przyjaciele podążali ramię w ramię ku nieznanemu. Przodem puszczono czaty, czyli zwiadowców, których zadaniem było ostrzeżenie kawalkady o wszelkich niebezpieczeństwach. Na czele pochodu jechali zbrojni, a wśród nich trzej przywódcy – Lech, Czech i Rus – wraz ze starostami i wojewodami. Za nimi jechali starcy, kobiety i dzieci na wozach lub wierzchem na koniach, potem stada bydła i owiec, a na końcu o ich bezpieczeństwo dbał hufiec zbrojnych wojów.

To nie była łatwa wędrówka. Bite trakty często zamieniały się w bezdroża, koła wozów tonęły w bagnistych łąkach albo zapadały się w grząskich piaskach. Przeprawiali się przez rwące rzeki, wspinali się na górskie przełęcze, przedzierali się przez nieprzebyte puszcze pełne dzikiego zwierza oraz jeszcze dzikszych ludzi. Palili ogniska, by płomień odpędzał watahy wygłodniałych wilków, a także demony czające się w ciemności, które złym wzrokiem przyglądały się ich wędrówce.

Bywało, że wygłodniały niedźwiedź napadł na kogoś, kto zbyt oddalił się od kolumny, innym razem wilki przedarły się do ich obozowiska, pozostawiając po sobie kilka zabitych owiec; lisy i kuny starały się zaś porwać kury, kaczki i gęsi zamknięte w plecionych koszach. Największe zagrożenie stanowili jednak dzicy wojownicy, z którymi raz po raz staczać musieli ciężkie boje, by przejść przez zamieszkiwane przez nich puszczańskie ostępy.

Utrudzeni wędrowcy nie poddawali się jednak, wierzyli głęboko, że wodzowie prowadzą ich ku nowej, lepszej przyszłości, a im trudniejszą drogę przebędą, tym większa będzie czekała na nich nagroda. Każdego wieczora modlili się gorąco do starych słowiańskich bogów, którzy od wieków roztaczali nad nimi opiekę, by nie opuścili ich także w tej potrzebie, czuwali nad nimi i pomogli im szczęśliwie dotrzeć do ich ziemi obiecanej.

III

Trudno opisać radość, jaka zapanowała wśród strudzonych wędrowców, gdy po po wielu tygodniach marszruty, wyszli wreszcie z ciemnej puszczy i ujrzeli jasne, słoneczne światło oraz błękitne niebo otaczające ich ze wszystkich stron. Słońce rozlewało swój złocisty blask nad rozległymi stepami, rozciągającymi się aż po horyzont, gdzie wśród zieleni traw połyskiwały niebieskie wstążki rzek i potoków. Zakochali się w tej ziemi, gdy tylko ją zobaczyli.

– Bracia – rzekł podczas postoju Rus – moi ludzie są już bardzo zmęczeni. Wielu spośród nas zginęło podczas przeprawy przez te góry, puszcze i bory. Ta ziemia, która przed nami się rozpościera,  bardzo nam się podoba.

– Wszyscy jesteśmy strudzeni – odparł Lech.

– Wystawiliśmy posągi naszych bóstw, by podziękować za szczęśliwe doprowadzenie do tego miejsca – kontynuował Rus – ale gdy skończyliśmy modły, figur naszych drewnianych bożków nie mogliśmy już podnieść. Ich posągi wrosły w ziemię, jakby zapuściły w niej korzenie.

– To widomy znak, że ta ziemia jest pisana tobie i twemu ludowi – pokiwał głową Czech – i że na tych stepach powinno się osiedlić twoje plemię.

– Na tym stepie nie ma żadnego drewna – zaniepokoił się Lech. – Z czego zbudujecie palisadę, która was ochroni przed dzikimi zwierzętami i zbrojnymi najazdami?

– Damy sobie radę – odparł spokojnie Rus. – Moi ludzie bali się, by ktoś nie zniszczył naszych bóstw, otoczyli je wielkim płotem z patyków, wikliny oraz gliny, a skoro potrafiliśmy ochronić naszych bogów, to ochronimy także siebie. Zbudujemy tutaj miasto, a obcych przepędzimy, nawet jakbyśmy do tego mieli użyć kijów.

Lech i Czech pożegnali się z bratem, życzyli mu szczęścia, obiecali sobie, że się jeszcze spotkają i wyruszyli w dalszą drogę. Za nimi, na południu pozostały wielkie puszcze, przez które się przedzierali, przed nimi pięły się wysokie góry błyszczące z dala ośnieżonymi, ostrymi szczytami. Rusa pozostawili na wschodzie, sami zaś postanowili pójść dalej, za zachodzącym słońcem.

 

IV

Lech, Czech oraz ich ludy przez wiele tygodni wędrowali przez wielką kotlinę, nie było na niej wielkich puszcz, nie było też osiadłych plemion, choć ziemia była urodzajna, lasy bogate w zwierzynę, a rzeki pełne ryb. Podobał się bardzo ten kraj strudzonym wędrowcom i coraz głośniej domagali się, żeby zakończyć już wyprawę i tutaj założyć nowe państwo. Stary Czech uspokajał ich jednak i apelował by mu zaufali, bo kres ich wędrówki jest już naprawdę bliski.

– Dotarliśmy chyba wreszcie do naszej ziemi obiecanej. Może to jest właśnie miejsce, w którym zbudujemy naszą stolicę – rzekł Czech do brata.

– Dlaczego właśnie to miejsce chcesz wybrać na swoją siedzibę? – zapytał zdziwiony Lech, bo od wielu dni przemieszczali się przez pełną łąk równinę.

– Spójrz – Czech wskazał na majaczący w oddali zarys wzgórza, podobnego do wielkiego grzyba rozrosłego na wielkiej łące. – Każdej nocy śni mi się wielki grzyb, pod którego kapeluszem bezpiecznie schroni się mój cały lud, właśnie zobaczyłem to, co bogowie pokazywali mi w snach.

Wieść o tym, że to może być ich miejsce na ziemi, lotem błyskawicy rozeszła się po taborach. Znużeni wędrowcy rozbili obóz u podnóża wzgórza, a robili to tak solidnie i z takim zapałem, jakby nigdy nie zamierzali już tego miejsca opuszczać. Zasnęli wreszcie utrudzeni długą wędrówką, a zasypiali spokojni, że następnego dnia nie będą musieli znów podążać za znikającym na horyzoncie słońcem.

Pierwsze świtanie obudziło Czecha. Wezwał do siebie zwiadowców i rozesłał ich po okolicy, by sprawdzili, jakie są tu ziemie, czy lasy bogate są w zwierzynę, a rzeki czyste i pełne ryb. Sam również opuścił pogrążone w błogim śnie obozowisko i postanowił wspiąć się na szczyt wzgórza podobnego do wielkiego grzyba.

Gdy wreszcie stanął na nim, przed jego wzrokiem rozpościerała się wielka kotlina, pełna kwitnących łąk, zielonych lasów i rozlewających się szeroko, srebrzystych rzek. Stary wódz napawał oczy blaskiem krainy, która miała stać się na wieki miejscem, w którym żył będzie jego ród. Gdy zszedł z góry, nie musiał nic opowiadać. W obozie panowała wielka radość, bo kolejni zwiadowcy powracali i przynosili wiadomości o mnóstwie żyznych pól, lasach bogatych w zwierzynę, rzekach pełnych ryb, a co najważniejsze – o tym, że nikt przed nimi nie osiadł w tej krainie.

Ludzie Czecha z radością przystąpili do wznoszenia swoich nowych siedzib oraz świątyń. Wśród tej ogólnej radości, jedna tylko rzecz smuciła Czecha – widział, że jego brat, Lech, nie zamierza pozostać z nimi, ale iść dalej, aby szukać nowej siedziby dla swego rodu.

– Pozostań bracie – namawiał go stary Czech. – Kotlina tutaj rozległa, a ziemia urodzajna, starczy jej dla nas obu i naszych rodów.

– Dziś jej dla nas wystarczy, jutro okaże się zbyt ciasna – odparł na to Lech. – Nie chcę, żeby nasze plemiona musiały ze sobą walczyć. Jestem młodszy, pójdę dalej, znajdę siedzibę dla swojego ludu.

Lech obiecał jednak Czechowi, że nie odejdzie nazbyt daleko, żeby mogli się wspierać w razie potrzeby, a miejsca dla swego ludu poszuka na północy. Po kilku dniach odpoczynku pożegnał się z bratem i na czele swoich taborów wyruszył ku swemu przeznaczeniu. Zanim się jednak rozstali, przyrzekli sobie uroczyście, że się jeszcze spotkają, a bogowie słuchali tej obietnicy.

V

Lech postanowił pójść na północ. Przeszedł przez wysokie góry. Zdziwiło go bardzo, że rzeki nie płyną za nimi na południe, ale ku jakiemuś nieznanemu morzu na północy. Jego hufce i tabory ruszyły w tamtym kierunku. Znowu przyszło im przedzierać się przez nieprzebyte puszcze, topić się w rozległych bagnach, zmagać się z dzikimi zwierzętami i groźniejszymi od nich ludźmi. W końcu jednak opuścili puszczę i ujrzeli rozległe równiny, z lasami pełnymi zwierza, rzekami bogatymi od ryb i ziemiami nie mniej żyznymi niż te, jakie w swych krainach znaleźli Rus i Czech. Umęczeni ludzie szemrali, że czas już byłby zakończyć ich wędrówkę, przeszli bowiem długą drogę, a miejsce było doskonałe, by założyć tutaj nowe państwo.

– Nie może lud występować przeciwko swoim bogom – najstarszy kapłan studził ich osiedleńczy zapał. – Trzeba czekać na znak dany od bogów, bogowie wskażą nam nasz nowy dom.

–  Bogowie zapuścili korzenie w ziemi na wschodzie i wskazali Rusowi, gdzie ma zbudować swoje miasto – tłumaczył młodszy kapłan. – Bogowie sprowadzili na Czecha sen, w którym zobaczył górę Grzyb, która miała stać się stolicą jego państwa.

– Musi lud czekać pokornie – kończył najstarszy kapłan – aż bogowie dadzą Lechowi znak, że to miejsce nadaje się na ich siedzibę. Jeśli zaś znaku takiego nie dadzą, to przyjdzie nam wędrować dalej, aż do północnego oceanu, bo bez błogosławieństwa bogów nie można zaczynać żadnej rzeczy.

I wtedy właśnie Lech usłyszał głośny okrzyk, dochodzący gdzieś sponad chmur. Słowianie padli na kolana, a ich wódz stał dumnie patrząc ku górze. I nagle zobaczył białego orła, który wyłonił się spośród chmur i majestatycznie zaczął krążyć nad ziemią, by wreszcie osiąść na szczycie rozłożystego dębu, wśród konarów którego znajdowało się jego gniazdo.

– To jest właśnie znak, jaki dają nam bogowie – przemówił wówczas Lech, spoglądając na dumnego ptaka, którego widok zapierał dech w piersiach. Biel jego piór kontrastowała z czerwienią nieba, na którym rozlewało się zachodzące słońce. – Tu zbudujemy naszą stolicę, tu będzie gniazdo, z którego wyrośnie nasze państwo.

Minęło wiele lat. Kraj Lecha, którego budowę rozpoczęto od Gniezna, rozciągał się szeroko po równinach między Odrą, Wartą i Notecią. Dzielni przybysze wykarczowali lasy, osuszyli bagna, a wokół grodów, które zbudowali, rozciągały się wielkie pola uprawne i właśnie od tych wielkich pól ich kraina nazywana była Wielkopolską. Biały orzeł na czerwonym polu stał się zaś godłem Lecha, jego rodu, a wreszcie państwa, któremu ten ród dał początek.

Z biegiem lat Lechowi jednak coraz mniej radości sprawiało patrzenie na to szczęście i dostatek. Sam był bowiem nieszczęśliwy. Każdego dnia rozmyślał o swoich braciach. Nie wiedział, czy im powiodło się tak jak jemu. Czy dotarli do krain, o których marzyli? Czy zbudowali swoje państwa? Czy dali ludziom ziemię, pracę i bezpieczeństwo? Nie było dnia, by ich nie wspominał. W końcu postanowił, że wyruszy w świat, by ich odszukać.

Kiedy skończyły się żniwa i zebrane zboże złożone zostało w spichrzach, książę zebrał drużynę, z którą tu przybył, by wyruszyć na poszukiwanie braci. Pierwszy nocleg wypadł na wyspie leżącej w widłach Warty i Cybiny. Rozbili tam obozowisko, rozpalili ogniska, siedzieli przy nich długo wspominając, jak przed wieloma laty przybyli w te strony. Wspomnienia ożyły, tak jakby zdarzyło się to przed kilkoma dniami, a nie przed  kilkudziesięcioma laty. Gdy ognie dogasały, a Lech zasypiał w swoim namiocie, przed oczami stanęli mu bracia, którzy uśmiechali się do niego i mówili, by się nie trapił, bo przecież zaledwie wczoraj się rozstali, a już jutro się spotkają. „Ładne mi wczoraj” – westchnął Lech i zasnął na swym posłaniu.

VI

O świcie zwinęli obozowisko i już mieli ruszyć w dalszą drogę, gdy do ich uszu dobiegł dźwięk rogu. Najpierw pomyśleli, że to jakiś myśliwy zagubił się w puszczy i przyzywa ich donośnym dźwiękiem. Po chwili jednak rogowi odpowiedział następny, a potem jeszcze jeden i kolejny. Ich dźwięk rozbrzmiewał wśród leśnej ciszy i niósł się po wodach Warty i Cybiny, oblewających rzeczną wyspę. Nie mieli wątpliwości, że to nie jacyś zagubieni łowcy, ale obce wojska nawołujące się dźwiękiem rogów bojowych.

Książę Lech natychmiast wydał rozkazy. Łucznikom i oszczepnikom kazał ukryć się w lesie, wojom zaś dobyć mieczy i uformować szyk wojenny. Najeźdźcy byli coraz bliżej, głosy ich słychać było już wyraźnie, zachowywali się tak, jakby szli wielką siłą, gotowi pokonać każdego przeciwnika – nie skradali się, nie ukrywali, ale głośno zapowiadali swoje przybycie. Do uszu przygotowujących się do ataku wojów dobiegł stukot końskich kopyt, skrzypienie wozów, śmiech i gwar rozmów. Taka nonszalancja zdziwiła księcia Lecha, nie spotkał się z takim przypadkiem, by armia jechała na wojnę jak na wesele, żeby obce wojska przemierzały cudzą ziemię w radosnych pląsach, ogłaszając to głośnym dęciem w rogi.

Lech wiedział, że siły obcych są znacznie silniejsze, a zwyciężyć może tylko przez zaskoczenie. Nakazał łucznikom, by schowali łuki i przygotowali się do uderzenia. Uniósł dłoń, a jej opuszczenie było sygnałem do ataku. Spiął konia i ruszył na czele swojego oddziału. Drużynnicy obcych szli w rozsypanym szyku, nie spodziewali się ataku, a widząc cwałującą na nich nawałę, zamarli w bezruchu. Te sekundy zawahania mogły zawarzyć o ich porażce.

Lech uniósł miecz, jego okrzyk wojenny rozległ się po kniejach. Już tylko kilkadziesiąt kroków dzieliło go od przeciwników, widział ich tarcze, widział ich godła, widział przerażenie na ich twarzach…  ich twarzach. Był już zbyt blisko, żeby zatrzymać konia. Szarpnął za wodze tak mocno, że rumak odbił w prawo niemal ocierając się o oniemiałych przybyszy. Lechicka jazda słynęła w całej Europie, kolejni woje odbijali to w lewo to w prawo, sądząc, że to zaplanowany manewr i król postanowił otoczyć wrogów i wziąć ich do niewoli.

Lech zaś zatrzymał konia, zeskoczył z niego, jakby mu ze trzydzieści lat i tyleż kilogramów ubyło, odrzucił miecz i pędził ku wodzom obcych oddziałów. Ci także nie stali w miejscu tylko biegli ku niemu.

– Bracia, moi kochani bracia, – wołał Lech. – Czechu, Rusie witajcie na mojej ziemi!

– Lechu, bracie nasz ukochany – zakrzyknął Czech. – Bogom niech będą dzięki, żeś nas rozpoznał, chwila jeszcze, a byśmy starli się w boju i braterską krew przelali!

– Cóż za radość, cóż za szczęście – powtarzał wciąż Rus, który dobiegł do braci, a nikt nie wiedział, czy słowa te odnoszą się do radości ze spotkania czy szczęścia z uniknięcia bitwy.

Zaprawieni w bojach wojownicy, którzy towarzyszyli Lechowi, Czechowi i Rusowi w licznych wyprawach, zsiadali z koni i rzucali się sobie w ramiona, ciesząc się z tego niezwykłego spotkania, widząc twarze krewnych i znajomych, których nie oglądali od lat, od czasu wędrówki, jaką odbyli po opuszczeniu wspólnych siedzib.

Ogniska zapłonęły, mężczyźni o twarzach pomarszczonych przez lata trudów siedzieli przy nich, jedli mięsiwo, pili piwo i opowiadali o tym, co się wydarzyło, odkąd się rozstali. Opowieści ciągnęły się do późnej nocy, a niektórzy nie położyli się spać do rana, bo trudno przez jedną noc opowiedzieć to, co się zdarzyło przez długie lata – zwłaszcza gdy opowiada się przyjacielowi lat dziecinnych, przed którym nie miało się dawniej żadnych tajemnic, z którym przeżywało się najlepsze przygody młodości i z którym rozstało się przed wieloma laty.

 

VII

Jeszcze trudniej było trzem braciom, którzy przez te wszystkie lata czas bardzo za sobą tęsknili. Długo snuli opowieści o tym, jak budowali swoje państwa, jak musieli walczyć, by je obronić i dbać, by działo się w nich sprawiedliwie. Opowiadali o swoich żonach, dzieciach i wnukach, ciesząc się, że wkrótce poznają swoich kuzynów, bo mimo że każdy z nich zbudował potężne państwo, to wiedzieli, że gdy będą działali wspólnie, żadna moc ich nie zmoże.

– Bracia moi – przemówił wreszcie Lech wznosząc puchar. – Wielką przychylność okazali nam dzisiaj bogowie. Nie myślałem, że kiedykolwiek was jeszcze spotkam, żadne znaki na niebie ani ziemi nie zapowiadały takiego spotkania. Niewiele brakowało, a ten dzień wielkiej radości stałby się dniem największej żałoby, bo niewiele brakowało, abyśmy się pozabijali w bratobójczej walce.

– Bogom niech będą dzięki za ocalenie! – zawołał ktoś spośród słuchających.

– Bogom niech będą dzięki – powtórzył Lech. – Bogowie tak poprowadzili nasze ścieżki, że spotkaliśmy się i rozpoznaliśmy się w tym właśnie miejscu, gdzie Warta łączy się Cybiną. Bogowie wybrali to miejsce na nasze spotkanie, a nie byłoby tego spotkania, gdybyśmy się nie poznali. Niech więc to miejsce, na pamiątkę naszego poznania, nazywa się odtąd Poznaniem.

– Niech żyje Poznań! Niech żyje ! – donośne okrzyki rozlegały się wśród ognisk i niosły się po wodach Warty i Cybiny, tak że wkrótce wszyscy już wiedzieli, że miejsce to jest Poznaniem, który przed sobą ma wielką przyszłość i trwał będzie przez wieki.

Braciomtrudno było się rozstać,a po ich pożegnaniu przypominają nazwy dwóch wielkopolskich miejscowości. Pożegnalną ucztę Lech urządzićmiał w połowie drogi między Gnieznem a Poznaniem, a na pamiątkę uroczystego obiadu nazwali to miejsce Pobiedziska. Objeżdżając zaś domenę Lecha, ujrzeć mieli ciągnące się po horyzont pola pełne czerwonych maków, a na pamiątkę miejsce to nazwali Czerwonakiem.

 

VIII

Następnej wiosny na wyspie między Wartą a Cybiną ruszyły prace. Książę Lech dotrzymał słowa i tam, gdzie dotychczas była tylko zapomniana osada rybacka, zbudował wielkie miasto. Lech kochał je szczególnie, bo przypominało mu o spotkaniu z ukochanymi braćmi. Na jego pamiątkę kazał wykuć wielką kamienną kolumnę, przedstawiającą trzech braci, schowanych pod jednym kołpakiem, co oznaczało zarówno, że pochodzą od jednego ojca, jak i to, że zawsze będą się nawzajem chronić.

Kiedy po setkach lat książęta Przemysł i Bolesław przenieśli Poznań na lewy brzeg Warty, zabrali ze sobą starożytną figurę, bo była ich szczęśliwym totemem. Postawili ją w samym środku rynku miejskiego. Stoi tam zresztą do dziś, a żeby ją zobaczyć, wystarczy spojrzeć w górę – wówczas, wśród ratuszowych koronek, dojrzeć można kolumnę z trzema twarzami, która nie jest wcale pomnikiem Światowida, ale pamiątką po trzech braciach, których drogi zeszły się w Poznaniu. Póki trzej bracia z wysokiego Ratusza mają Poznań pod swoją opieką,  nic złego nie może spotkać miasta i jego mieszkańców.

 

Paweł Cieliczko

 

Komentarze

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.