Zamek Przemysła w śniegu podczas dnia.ń

Legenda o wigilijnym gościu spod Warny

Pisałem o tym, jak mieszczanin o nazwisku Rychlik przybył do Poznania i podawał się za zaginionego króla Władysława III, który śmierć poniósł w bitwie pod Warną. Jako że ciała władcy nigdy nie odnaleziono, powstało na jego temat wiele opowieści – widywano go podobno w różnych miejscach Europy. Mieszczanie i patrycjusze poznańscy uwierzyli w historię przybysza i ugościli go po królewsku. Podstęp odkrył dopiero wojewoda Stanisław Górka, a ostatecznie oszusta zdemaskowała królowa Zofia Holszańska.

Zastanawiała mnie zawsze łatwowierność ówczesnych poznaniaków, słynących wszak w całym kraju z ostrożności, którzy tak łatwo dali się zwieść opowieści przybysza. Jeszcze bardziej zdumiewało mnie, że nawet gdy prawda wyszła na jaw, oszusta skazano jedynie na chłostę, a potem zamknięto w ratuszowym lochu, dając mu dożywotni wikt i opierunek, aby nikt nie powiedział, że mieszczanie poznańscy swego króla zagłodzili.

Wyjaśnienie tych wątpliwości znalazłem w wydanej przed ponad półwieczem książce Marii Wicherkiewiczowej Jan Quadro z Lugano. Opowieść o budowniczym ratusza poznańskiego. Przywołana w niej jest legendę o rycerzu, który sześć lat po warneńskiej bitwie wyswobodził się z tureckiego jasyru i w końcu dotarł  do rodzinnego Poznania, a tutaj nawet najbliżsi nie rozpoznali w nim dawno zaginionego domownika.

W dawnych czasach Poznań był jeszcze drewnianym, warownym grodem. Dziwna przygoda zdarzyła się w sam dzień Narodzenia Pańskiego za panowania króla Kazimierza Jagiellończyka, w roku coś 1450.

Najweselej było w dużej izbie, w której zebrały się panny, dworki, wychowanki pani wojewodziny. W izbie pachniało świerkami. Przy kominie skupiły się panny, wyfiokowane na uroczystość, strojne w barwne szatki, rąbeczki, trzewiczki, rozgadane i rozbawione. Panny to były wszystko zamożne, z bogatych i zacnych szlacheckich domów, na respekcie u pani wojewodziny kształciły się w haftowaniu i innych białogłowskich sztukach, nabierały światowego obycia i czekały na mężów, których im państwo dobierali spośród młodych szlachciców, dworzan pana wojewody czy tam innych, jacy się przez dwór wojewodziński licznie przewijali. Tak było dawniej, tak jest dzisiaj, że się w dużej gromadzie łacniej dobrane pary spotkają. Łatwiej się na dużym dworze niż w odległym dworku męża znajdzie. Jedna była pomiędzy pannami respektowymi uboga sierota, Ewka, z dobrego domu szlacheckiego, ale zubożałego.

Nagle śmiech panien ucichł. Do izby weszła pani Czarnkowska. Dobra to była pani. W czarnych szatach, zawsze smutna, od czasu jak syn jej jedyny, Zbyszko, z królem Władysławem poszedł na Węgry i za wiarę w walce z Turkami pod Warną zginął. Pięć lat minęło od tego czasu, lecz czas  ulgi matce nie przyniósł. Spojrzała wojewodzina ku oknu i rzekła – Taki jest stary, od ojców przejęty zwyczaj, by na wieczerzę wigilijną ubogiego żebraka lub bezdomnego wędrowca prosić i do stołu sadzać. Niech jedna z was pobiegnie za wrota i pierwszego, kogo spotka, do stołu poprosi na Wigilię.

Nie w smak były pannom te słowa. Nie kwapiła się żadna z posłuchaniem. Nie tylko się sukienkę zaszarga, ale trzeba potem przy zaproszonym dziadku siedzieć, usługiwać mu, a tu tylu świetnych rycerzy i dworzan! Żadna się też nie ruszyła. – Pamiętajcie – ciągnęła wojewodzina – że kto się poniża, będzie podwyższon. Godzi się hołd złożyć pokorze w dniu urodzin Króla świata. – Zerwała się wreszcie ochoczo Ewka. Zarzuciła ciepłą szubkę i pobiegła. A panny wołały za nią wesoło, lecz szyderczo – Szukaj pana bez żupana.

Czekała Ewka przed wrotami w śniegu. Niestateczne myśli biegały po głowie, że milszy niż dziadek byłby rycerz na ognistym bachmacie, dworzanin albo przystojny młodzieniec. Ale gościniec był pusty. Wreszcie ukazała się z daleka, posuwając się chwiejnym krokiem, postać jakiegoś wędrowca. Ubrany dziwacznie, w łachmanach, w dziwacznym zawoju na głowie, z brodą ośnieżoną.

– Czekam na was niecierpliwie – zawołała Ewka.

– Któż jest, co czeka na mnie nieznajomego? – zdziwił się wędrowiec przystając.

– Pani wojewodzina prosi na gody wigilijne na zamek.

– Czyjże to zamek? – badał wędrowiec.

–Wojewoda to hrabia na Czarnkowie, najmożniejszy pan w Polsce. Lecz cóż mu po bogactwie, gdy najprzedniejszy klejnot stracił – syna jedynego.

A któż ty jesteś, piękna dziewczyno? Kasztelanka czy księżniczka z zamku?

Ewka roześmiała się wesoło. – Sierota jestem. W świetnym orszaku pani wojewodziny najuboższa. Ale teraz chodźcie na wieczerzę, wędrowcze.

Uroczyście wyglądała w tym dniu sala zamku, w świetle jarzących świec i w wieńcu świerków. Przy stołach, na ławach zasiedli rycerze, dworzanie, panny, czeladź. Ewka usiadła przy ubogim. Wszyscy rozmawiali wesoło. Kiedy wieczerza zbliżała się już ku końcowi, a kielichy z winem zaczęły krążyć coraz gęściej, niejedno zdziwione spojrzenie wybiegało ku skromnej parze, siedzącej przy jednym z bocznych stołów. Przygodny gość wędrowny, gdy się rozgrzał i posilił, nabrał innego wyglądu. Mimo zniszczonego i ubogiego ubrania nie sprawiał wrażenia żebraka. Gdy stopniał zamarznięty śnieg na brodzie, straciła ona siwiznę i okazało się, że twarz przygodnego gościa nie była wcale twarzą starca. Zabawiał też Ewkę rozmową, że dziewczyna nie wydawała się wcale strapiona i pokrzywdzona przez los, który dał jej na towarzysza przy wigilijnej wieczerzy przygodnego wędrowca zamiast jakiegoś znakomitego rycerza.

Ktoś z biesiadników zażartował wesoło, że Ewka młodego przyprowadziła sobie „dziada”. Wesoło przyjęto ten żart i wszystkie spojrzenia zwróciły się z nieukrywaną już ciekawością w stronę tej pary. Zainteresował się sam pan wojewoda i zwracając się do gościa, zapytał uprzejmym tonem:

– A was skąd Bóg prowadzi, wędrowcze?

– Z potrzeby warneńskiej cudem ocalony, z jasyru uciekłem. Wracam do ojczyzny.

Cisza zapadła po tym niespodziewanym oświadczeniu żołnierza w łachmanach, a on po chwili milczenia zaczął mówić powoli, jakby wpatrzony w obraz przeszłości.

– Posłuchajcie, jeśli to was ciekawi, kolei mego losu. Z pierwszym brzaskiem dnia zagrzmiały kotły i rozgorzała bitwa. Ze zmiennym toczyła się szczęściem. Początkowo po naszej stronie było powodzenie. Młody nasz król, jak najdzielniejszy rycerz sobie poczynał. Utrzymać go nie było można, nie chciał stać na uboczu, rwał się w najgorętszy wir bitwy. Ręce nam już mdlały od rąbania. Strzał do łuków zabrakło w sajdakach. Pole zasłane było ciałami. W niebo uderzały dwie modlitwy:

– Boga Rodzico Dziewico!

– O, Allach! Daj zwycięstwo wiernym!

Wahała się wiktoria. Wydawało się, że szeregi tureckie chwiać się już zaczynają, że jeszcze jedno uderzenie, a przechylić się może szala zwycięstwa. Garść nas była tylko przy królu Władysławie. W oczach się już mroczyło ze zmęczenia. Prosiliśmy króla, by się wycofał w bezpieczne miejsce i wypoczął. Ale on słuchać nie chciał. Znów naprzód w gęstwę wrogów skoczył. Biegliśmy więc za nim, by go osłaniać. Lśniła przed nami jego srebrzysta zbroja. Nagle ze wszystkich stron zalała ją czarna tłuszcza. Jakiś janczar mieczem pchnął konia i zwalił króla na ziemię.

Nie widziałem już, jak Turcy ucięli głowę króla, by rzucić ją pod nogi swego padyszacha. Nie widziałem, bo sam padłem ciężko ranny, bez zmysłów.

…Reszta naszych podobnie została rozsiekana. Kwiat polskiej młodzieży legł na polach Warny, wielu poszło w jasyr. I ja ranny dostałem się do tureckiej niewoli. Sturczony jakiś Polak z ran mnie wyleczył, do ucieczki dopomógł. Zmieniły mnie niewczasy i cierpienia. Ale teraz wróciłem w domowe progi – rzekł zdejmując zawój, co mu część twarzy zasłaniał.

Spojrzał wokoło. Zabłysły oczy niegdyś zuchwałe, teraz bolesne. Poznano zmienioną, ale zawsze piękną twarz Zbyszka Czarnkowskiego. Już syn klęczał u stóp rodziców. Uściskom, pytaniom nie było końca.

A wkrótce potem młody wojewodzic razem z Ewką ukląkł u stóp rodziców, prosząc o błogosławieństwo. Miłość i ogień – któż kiedy zataił? Pokochali się od pierwszego spotkania. Dziwiły się dwórki, dziwili się dworzanie, że pierwszy w Polsce rycerz wybrał sobie za żonę ubogą sierotę. Ale on nie żałował tego wyboru. Szczęście i wesele – nieznani od lat goście – zawitały znów do zamku poznańskiego.

Maria Wicherkiewiczowa mieszkała w kamienicy przy ul. Święty Marcin, tuż obok pierwszego pomnika Adama Mickiewicza. Była żoną doktora stomatologii, prowadziła jeden z najważniejszych salonów kulturalnych Poznania, wychowywała dzieci, a gdy wyrosły, zajęła się czytaniem starych dokumentów i pisaniem „słonecznych felietonów”. Każdego dnia udawała się do archiwum miejskiego mieszczącego w dawnym zamku królewskim i pisała swoje „słoneczne felietony”. Profesjonalni historycy pokpiwali z jej twórczości, odmawiając jej walorów naukowych. Gdy w trakcie walk o Poznań, zimą 1945 roku archiwum spłonęło, felietony Wicherkiewiczowej, awansowały natychmiast do rangi… źródła historycznego.

Podobnie spojrzeć warto na treść legendy wplecionej przez Marię Wicherkiewiczową w jej opowieść biograficzną o Janie Baptyście Quadro. Prawdopodobnie opowieść tę odnalazła wśród poznańskich archiwaliów i zanotowała ją, a po latach włączyła do swojej książki dla młodzieży. O tym, że opowieść pochodziła z notatek poczynionych w poznańskim archiwum, świadczy najbardziej sposób jej zapisania: każdy akapit rozpoczyna się cudzysłowem, jakby rozpoczynała notatkę, lecz żadnego cudzysłów nie zamyka, notatki pozostały niedokończone i odtwarzała jej z własnej pamięci.

Legenda o powrocie Zbyszka Czarnkowskiego z tureckiej niewoli rzuca nowe światło na popularną opowieść o mieszczaninie, który się podawał za króla. Skoro bowiem Zbyszko po 6 latach powrócił z jasyru i nie został rozpoznany przez własnych rodziców, to mógł mieszczanin Rychlik uważać, że po kilkunastu latach nikt nie będzie w stanie podważyć jego królewskiego pochodzenia. Poznań zaś był najlepszym miejscem dla objawienia się „cudownie odnalezionego” władcy, bo żywa była nad Wartą pamięć o odysei syna wojewody Czarnkowskiego, którego na rodzinnym zamku nie rozpoznał ani pies, ani rodzice. Dlatego też pewnie poznańscy mieszczanie zdecydowali się utrzymywać fałszywego króla w ratuszowym loszku, pamiętali bowiem, że nawet i matka może nie rozpoznać swego potomka w przybyłym po latach wędrowcu.

Paweł Cieliczko

Bibliografia:

  1. Maria Wicherkiewiczowa, Jan Quadro z Lugano. Opowieść o budowniczym ratusza poznańskiego, Poznań 1960, s. 182-187.

Grafika:

  1. Agnieszka Zaprzalska

Komentarze

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.