Legenda o zakonniku ekshibicjoniście

Józef Łukaszewski, autor pierwszej historii Poznania, która zatytułowana była Obraz historyczny i statystyczny dawnego Poznania, zanotował w połowie XIX wieku legendę o osobniku, który w 1465 roku miał pojawiać się nad Wartą i obnażać się przed praczkami, budząc w nich wielki strach. Ubrany był w bernardyński habit, dlatego uznano, że musi to być mnich z pobliskiego klasztoru. Gdy w żadnym z okazanych zakonników kobiety nie rozpoznały gorszyciela, gwardian zalecił im przeprowadzenie eksperymentu procesowego. Tak opisuje te zdarzenia pierwszy poznański historyk:

W 1465 roku diabeł, nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego, krzywym patrząc okiem na to, iż miejsce, w którym niegdyś wiele dusz łowił, które było stekiem występków, stawało się teraz siedliskiem bogobojności, usiłował wszelkimi sposobami wyrugować z niego zakonników: przepuszczał na nowicjuszów rozmaite pokusy, które ich do marności świata i do cielesności od ślubów zakonnych odwodziły; nocnymi strasznymi widziadłami i obrazami fantazmatycznymi przerywał sen i spokój zakonników; co gorsza, w habicie zakonnym wychodził nad odnogę rzeki Warty, gdzie niewiasty bieliznę prały i rozmową lubieżną, obnażeniem i tym podobnymi pokusy niewiasty te do nierządu zachęcał. Oburzone niewstydem mniemanego zakonnika niewiasty udały się do ówczesnego gwardiana, zwanego Andrzej Verus, ze skargą na przestępcę. Gwardian wysłuchawszy cierpliwie ich zażaleń, zwołał wszystkich zakonników, między którymi nie znalazł się winowajca. Poznał tedy gwardian od razu, że to była sprawka biesa, który pragnął zakon osławić. Zalecił więc niewiastom uskarżającym się, aby zobaczywszy raz jeszcze wspomnianego zakonnika, ujęły go i do klasztoru przywiodły. Po kilku dniach ukazał się znowu kobietom piorącym zwodziciel w habicie bernardyńskim. Gdy go więc stosownie do rozkazu gwardiana ująć chcą, zamienił się nagle w osła, wydał z siebie smród nieznośny, wskoczył w Wartę, znikł – i pokazał na oko, co zacz był.       

Zdarzenie to musiało odbić się szerokim echem po Poznaniu, skoro nawet klasztorny kronikarz nie pominął opowieści o tym skandalu obyczajowym z zakonem bernardyńskim w tle, szczegółowo je opisując w Kronikach Bernardynów poznańskich. Rozpoczął swą relację od wskazania przesłanek, które skłoniły diabła do osobistego zaangażowania się w działania mające na celu skompromitowanie zakonników. Miało to być formą zemsty biesa, niemogącego znieść rozkwitu bernardyńskiej wspólnoty.

Takiego rozwoju w tym mieście pozazdrościł naszym braciom wróg rodzaju ludzkiego, anioł ciemności. Rozmaitymi sposobami usiłował wypłoszyć ich z tego miejsca, które dawniej było siedliskiem występków i rozsadnikiem zła, i zohydzić ich wobec całego miasta. Albowiem oprócz częstych pokus zarzucanych na młodych nowicjuszów, aby nieostrożnych odwieść od świętych zamiarów oraz pociągnąć do marności światowych i rozkoszy cielesnych, oprócz nocnych sensacji i dostrzegalnych widziadeł, które miały zakłócać sen i pożądany spoczynek, ponadto ów duch ciemności, przybierając postać zakonnika w habicie naszego kroju, młode kobiety, przychodzące do rzeki w pobliżu klasztoru i piorące bieliznę, przez nieskromne pokazywanie nagiego ciała i przymilne słówka wielokrotnie kusił do grzechów nieskromnych, rozpalając namiętności cielesne.      

Powyższy opis diabelskich działań wskazuje jednak na znacznie prostsze wyjaśnienie okoliczności pojawienia się nad rzeką mężczyzny w zakonnym stroju, który nakłaniał praczki do czynów lubieżnych. Był to zapewne jeden ze wspomnianych młodych nowicjuszów, których szatan chciał odwieść od pobożnych planów i pociągnąć ku cielesnym rozkoszom. Według kronik bernardynów, gwardian Andrzej Rej (a nie Veres, jak błędnie wskazał historyk) wcale nie okazał kobietom zakonników, a jedynie zapytał ich, czy aby któryś nie paradował nago nad brzegiem warty.

Kiedy dowiedział się o tym od owych kobiet ówczesny gwardian o. Andrzej [Rej], zwołał wszystkich braci tam mieszkających do furty. A skoro żaden nie przyznał się do zarzucanych grzechów, tenże ojciec do skarżących się kobiet powiedział: „Pokusy te pochodzą od złego ducha, który chce zmącić pokój braci i splamić ich imię”. Niemniej polecił kobietom, aby w przyszłości zobaczywszy tego brata-kusiciela, pochwyciły go gwałtem i przyprowadziły do klasztoru.

Opis polowania na niecnego osobnika, który sprowadzał panny na drogę grzechu, a do tego jeszcze podkopywał dobre imię klasztoru, opisany został w kronice podobnie jak w późniejszej relacji historyka:

Kusiciel ukazał się ponownie praczkom po kilku dniach. Skoro chciały go wziąć siłą, nagle przemienił się w osła i zaczął wionąć wstrętnym odorem, wyrwał się z rąk i wskoczył do rzeki, czym zdradził, kto krył się pod przybraną postacią.

Tak wygląda treść starej poznańskiej legendy o diable w bernardyńskim habicie, który molestował poznanianki. Przemiana domniemanego mnicha w osła wydawała się potwierdzać obecność diabelskich sił – innego wyjaśnienia próżno było szukać. Dziś jednak warto opowieść tę przeczytać raz jeszcze i zastanowić się, jaką historię można wyczytać pomiędzy jej wierszami.

Klasztor bernardynów zlokalizowany był wówczas pod miastem, a sytuacja materialna mnichów uzależniona była od hojności mieszkańców Poznania. Braciszkowie nie mogli więc sobie pozwolić na jakikolwiek skandal obyczajowy, który podważyłby wiarę prostych ludzi w ich świątobliwość i szczególną opiekę, jaką roztoczył nad nimi Bóg. Gdy do uszu gwardiana – być może podczas spowiedzi jednej z kobiet, bo w kronice nie jest to wyraźnie odnotowane – dotarła wiadomość, że jeden z zakonników pojawia się nad rzeką i obnaża przed praczkami, wywołało to natychmiastową reakcję. Wszczęcie przez magistrat ewentualnego dochodzenia i – nie daj Bóg – ujęcie zakonnika-ekshibicjonisty skompromitowałoby zakon i mogłoby przesądzić o jego upadku. Roztropny gwardian wiedział, że czasu ma niewiele i jeśli sam szybko nie doprowadzi do rozpoznania winnego, a tym samym nie odwróci uwagi od klasztoru, to wydarzenia mogą się potoczyć w bardzo niekorzystnym dla całego zgromadzenia kierunku. Dlatego właśnie myślę, że to sami bernardyni zorganizowali prowokację z osłem przebranym w mnisi habit. Zwierzę – przestraszone przez kobiety starające się go okrążyć i złapać – uciekło do rzeki i tam pewnie utonęło, pozostawiając, jak donosi kronikarz, odór. Pojawienie się osła było dla kobiet naocznym dowodem, że to szatan – nie zakonnik – próbował molestować je nad Wartą.

Wybranie osła na wysłannika piekieł nie było zresztą przypadkowe, bo w ówczesnej ikonografii był on często przedstawiany jako zwierzę pozostające w bliskich związkach z diabłem. Co więcej, przełożony klasztoru mógł liczyć na sukces prowokacji zorganizowanej przy użyciu osła, bo zwierzę to już raz pomogło jego zgromadzeniu.  Jeden z doktorów Kościoła – święty Antoni z Padwy – odniósł bowiem spektakularny sukces, wykorzystując właśnie osła do przekonania heretyków o wyższości dogmatów religii katolickiej.

W 1225 roku św. Antoni przybył do Tuluzy, na południu Francji, gdzie dominowali wówczas wyznawcy religii katarskiej, którzy zjednywali sobie rzesze wyznawców. Św. Antoni, nazywany złotoustym, wygłaszał piękne kazania, co skłaniało licznych odstępców do powrotu na łono kościoła katolickiego. Jeden z katarskich kaznodziejów postanowił się z nim zmierzyć, zakwestionował obecność Jezusa w Najświętszym Sakramencie i zapowiedział publicznie, że sam się nawróci na rzymskie chrześcijaństwo, jeżeli jego osioł, głodzony przez trzy dni, mając przed sobą owies oraz hostię, nie zacznie jeść, póki nie odda hołdu Jezusowi. Święty Antoni przyjął ten zakład. Po trzech dniach przyprowadzony został osioł, który natychmiast ruszył w kierunku owsa, ale gdy Antoni wezwał go do oddania czci Bogu prawdziwemu w Najświętszym Sakramencie, zwierzę cofnęło się od żłobu i uklękło przed Antonim.   

Poznańscy bernardyni nawiązali do doświadczenia polegającego na wykorzystaniu osła do przekonania opornych dla swoich racji. Tym razem osioł miał przekonać kobiety o niewinności zakonników. Osioł spełnił pokładane w nim nadzieje, odziany w mnisi habit, okrążany przez praczki, uciekł do rzeki, w której utonął, dając tym dowód, że pod jego postacią krył się wysłannik piekieł.

Kronikarz klasztorny tego co prawda nie zanotował, ale nie wykluczałbym, że opisywane zdarzenie miało miejsce 13 czerwca 1465 roku. Dacie tej temu patronuje bowiem św. Antoni – nieświadomy inspirator całego zajścia, a do tego święty, do którego modlić się należy w sprawach beznadziejnych, a sytuacja zakonników, oskarżanych o nieprzyzwoite prowadzenie się i uwodzenie kobiet nad rzeką, nie była godna pozazdroszczenia. Dzień też byłby także odpowiedni z innego powodu. Mnich-ekshibicjonista mógł pojawić się nad rzeką właśnie wiosną, bo to wówczas kobiety zaczęły wychodzić tam z praniem. Fama o tym prędko się rozniosła, ale szybka akcja zorganizowana przez gwardiana zlikwidowała zagrożenie, nim jeszcze nastało lato.

Lektura Kroniki Bernardynów poznańskich daje jednak asumpt ku temu, by w całym tym wydarzeniu widzieć celowe działanie zakonników. Wskazuje na to drugi zapis, jaki zanotowany został w ich kronice pod 1465 rokiem – jest tam mowa o niezwykle cennej darowiźnie, jaką uzyskał poznański klasztor, a były to grunty znajdujące się właśnie pomiędzy zabudowaniami klasztornymi a rzeką, czyli dokładnie tam, gdzie doszło do gorszących zdarzeń opisanych w legendzie. Tekst donacji złożonej w poznańskim Ratuszu zachował się, więc warto go przytoczyć w całości:

My niżej podpisani, Jerzy Bok, burmistrz, Piotr Łukaszowy, Kasper Heyda, Mikołaj Wilda, Jerzy Zyt, Adam, Jan Swanch i Wojciech Ligęza, rajcy miasta Poznania, niniejszym pismem wszem wobec oznajmiamy, że w naszej obecności stawili się osobiście szlachetni synowie nieżyjącego Macieja Czarnego, Stanisław, Tomasz i Ambroży, i za zgodą przezacnej swej matki Zofii przez wspomnianego Stanisława, najstarszego z braci jako opiekuna, zdrowi na duszy i ciele, nie przymuszeni, lecz dobrowolnie, świadomie i zgodnie z przepisami prawa odstąpili, oddali i podarowali swoją ziemię, położoną poza miastem w pobliżu klasztoru św. Bernardyna, ze wszystkim prawami i tytułami własności w takim zakresie, w jakim sami je posiadali i utrzymywali, z praw i tytułu własności nic dla siebie i swoich spadkobierców nie zatrzymując ani zastrzegając, aby zakonni bracia klasztoru św. Bernardyna na zawsze mieli, posiadali i trzymali na swój użytek i obracali na swoje potrzeby. Na dowód czego przyłożono pieczęć naszego miasta we wtorek po św. Marcinie roku 1465.

Znaczącym wydaje się fakt, że pod rokiem 1465 roku zapisano jedynie te dwie informacje: o diable nad rzeką i o darowiźnie; żadnych innych. Musiały być bardzo ważne dla klasztoru, bowiem miejsce w kronice bardzo szanowano – poprzedni wpis pochodził bowiem z 1458 roku (!), zaś kolejny zanotowano dopiero w 1467 roku. Warto zwrócić także uwagę, że przy zapisywaniu zdarzeń z 1465 roku kronikarz odstąpił od chronologii. Najpierw napisał o wielkiej darowiźnie udzielonej klasztorowi, do której doszło w dniu 14 listopada 1465 roku („wtorek po św. Marcinie”). Dalej umieścił akapit, który miał sugerować, że to właśnie ta darowizna tak bardzo rozwścieczyła pana ciemności, że postanowił skompromitować poznańskich zakonników:

Do tak hojnej darowizny skłoniła dobroczyńców wielka życzliwość dla braci, do których lgnęły dusze prawie wszystkich stanów i klas społecznych ze względu na ich skromność zakonną, przykładną łagodność obejścia, nienaganne i święte życie, blask ewangelicznego ubóstwa oraz pragnienie zbawienia ludzi przez modlitwy i zasługi.  

Wskazana motywacja musi dziwić. Gdyby takie przesłanki w rzeczywistości kierowały darczyńcami, to niezrozumiałym byłoby wcześniejsze wstrzymywanie się przez nich z przekazaniem majątku klasztorowi. Rozsądny człowiek, jakim był niewątpliwie miejski rajca Maciej Czarny, uczyniłby zapewne zapis w testamencie na rzecz zakonników, aby zyskać sobie ich modlitwy i wstawiennictwo. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Wkrótce po śmierci rajcy doszło zaś do bulwersujących zdarzeń obyczajowych nad rzeką, a jako ich autora wskazano szatana. Dla wdowy z trojgiem dzieci wieść, że po jej polu hasa diabeł, zachęcając kobiety do czynów nierządnych – co gorsza robi to wszystko w habicie, by jeszcze bardziej obrazić Boga i jego Kościół – musiała być przerażająca. Jedynym wyjściem z tej sytuacji było przekazanie nawiedzonych parcel zakonnikom, aby uczynili odpowiednie egzorcyzmy, skutecznie przegnali biesa i pomodlili się za rodzinę, której majątek nawiedzają rozpustni wysłannicy piekieł.

Zakonnikom ewidentnie zależało, żeby akt darowizny był niepodważalny i nigdy nie zaginął, toteż skopiowano jego treść zarówno w księgach miejskich, jak i klasztornych, a ponadto pojawił się odnośny zapis w ich kronice. Dla klasztornego kronikarza było jednak oczywiste, że jeśli zanotuje zdarzenia w kolejności chronologicznej, przyznając że najpierw na prywatnych polach wdowy obnażał się przed praczkami diabeł w mnisim habicie, a zaraz potem kobieta przekazała nawiedzane pola zakonnikom, to ktoś może dostrzec ten związek przyczynowo-skutkowy i domyśli się, że cała sprawa była wynikiem ich prowokacji; zwłaszcza że zakonnika/diabła/ekshibicjonisty nie złapano. Osioł, który utopił się w Warcie, mimo wszystko nie był zbyt przekonujący. Zmiana kolejności zdarzeń i obudowanie ich narracją, z której wynika, że to nie pojawienie się diabła spowodowało chęć przekazania gruntów, ale właśnie przekazanie gruntów tak bardzo rozwścieczyło diabła, że aż zaczął pojawiać się nad Wartą, jednoznacznie wskazuje, że było to działanie nieprzypadkowe i dobrze przemyślane.

Dzisiaj już nie dowiemy się, czy w 1465 roku w klasztorze bernardynów w Poznaniu pojawił się mnich, który nie mógł wytrzymać w zakonnej czystości i zaczął pojawiać się nad Wartą, namawiając kobiety do lubieżnych czynów, a inteligentni zakonnicy przekuli swoją kompromitację w wielki sukces, wskazując jako winowajcę diabła, który nie mógł znieść ich bogobojności i skutecznego nawracania grzeszników. Może było jednak tak, że bernardyni od dawna mieli zakusy na grunty leżące między ich klasztorem a rzeką, więc  gdy tylko umarł ich właściciel zorganizowali happening, który skłonił wdowę i sieroty do przekazania ziemi klasztorowi. Niezależnie od tego jak było faktycznie, pozostała nam legenda o diable-ekshibicjoniście uwodzącym poznanianki nad Wartą, która – mimo że od tego czasu upłynęło już pięć i pół stulecia – nic a nic się nie zdezaktualizowała.

Paweł Cieliczko

Bibliografia:

  1. Kronika Jana Komorowskiego, [w:] MPH, t. V, s. 176-177.
  2. Krzysztof Kwaśniewski, Diabeł kusi poznanióny nad Wartą [w:] Poznańskie legendy i nie tylko, Poznań 2004, s. 105-107.
  3. Rok 1465, [w:] Kroniki Bernardynów poznańskich, Poznań 2002, s. 81-82.
  4. Józef Łukaszewicz, Obraz statystyczno-historyczny miasta Poznania w dawniejszych czasach, t. 2, Poznań 1998, s. 142.
  5. Zofia Skorupska, Kusiciel, [w:] Legendy dawnego Poznania, Poznań 2006, s. 102-116.

Komentarze

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.