Legenda o przeklętym stadionie

Stadion Miejski przy ul. Bułgarskiej w Poznaniu był jedną z piłkarskich aren, na których rozgrywane były mecze EURO 2012. Jak doskonale pamiętamy, przed imprezą obiekt trzeba było kompletnie przebudować i dostosować do wymogów UEFA. Kolejne terminy były jednak przesuwane, a budżet inwestycji został ostatecznie przekroczony o dziesiątki milionów, toteż prezydentowi zarzucano niegospodarność i zapowiadano zawiadomienia do prokuratury. Mieszkańcy Poznania nigdy nie poznali prawdziwych przyczyn, które spowodowały, że budowa nie potoczyła się tak, jak zaplanowano na początku; a w zasadzie – że nie miała szans się powieść. Nikt bowiem nie miał dotąd odwagi powiedzieć wprost, że stadion powstał w miejscu przeklętym.

Poznańska Sodoma i Gomora

Starzy poznaniacy wiedzieli o klątwie ciążącej nad tym miejscem. Informacja o niej znalazła się zresztą w krótkiej notatce z 1910 r., opublikowanej w artykule Posener Wandervogel (Poznański Wędrowny Ptak), w piśmie „Aus dem Posener Lande”, której autor powoływał się na ustną opowieść zasłyszaną od lokalnych mieszkańców. Po stu latach przypomniał o niej Krzysztof Kwaśniewski w leksykonie Poznańskie legendy i nie tylko, publikując przekład niemieckiego tekstu:

Według polskiej tradycji ustnej dzisiejsza wieś Junikowo nie jest jeszcze bardzo stara. Nie rozciągała się też tam [gdzie dziś], lecz leżała bliżej [centrum] miasta Poznania, przy drodze na miejscu, gdzie dziś jest staw, na prawo od drogi przy dawnym Forcie VI.

Mieszkańcy dawnego Junikowa byli ludźmi bezbożnymi i prowadzili żywot próżniaczy, pijąc, łajdacząc się i hulając po karczmach. Ale pewnego dnia spadła na nich zasłużona kara. W mgnieniu oka zatrzęsła się ziemia, a wieś wraz ze swymi mieszkańcami znikła w głębokiej rozpadlinie. A na tym miejscu powstał później staw.

Zaś nowe Junikowo, wieś podmiejska, a obecnie już dzielnica Poznania, powstało później nieco dalej, na innym miejscu.

Krzysztof Kwaśniewski nie potraktował tej legendy zbyt poważnie – skomentował ją jedynie stwierdzeniem, że pierwszy historyczny zapis o Junikowie pochodzi z 1408 r., gdzie osada nazwana została Vnykowem, więc opisana sytuacja – gdyby faktycznie miała miejsce – to zdarzyć się musiała znacznie wcześniej.

Legenda mówi, że Stare Junikowo położone było bliżej centrum miasta niż obecne. Dziś wystarczy przejechać dwa przystanki z pętli tramwajowej na „nowym” Junikowie i wysiąść u zbiegu Grunwaldzkiej i Bułgarskiej, a znajdziemy się w miejscu, gdzie przed wiekami mieściła się przeklęta osada. Jej mieszkańcy wybierali piasek, żwir i glinę, których złoża znajdowały się wzdłuż Strumienia Junikowskiego, a po surowcach pozostały głębokie wyrobiska. Pewnego dnia wezbrane wody strumienia przelały się przez koryto, fala spłynęła ku wyrobiskom i zmyła do ich czeluści grzeszną wieś. Wierzący są przekonani, że było to wynikiem klątwy rzuconej na rozpustnych mieszkańców Junikowa, niewierzący tłumaczyli to zaś wiosenną powodzią; jedni i drudzy byli jednak zgodni co do efektów – na miejscu osady powstał wielki staw, a wokół niego bajorka i mokradła, które rozciągały się pomiędzy obecnym Laskiem Marcelińskim a Bułgarską i Grunwaldzką.

Krzysztof Kwaśniewski miał oczywiście rację, pisząc, że metryka Junikowa jest znacznie starsza – przeczytać o nim możemy już w dokumencie z 1287 r., w którym książę Przemysł II nadał kapitule kościoła katedralnego w Poznaniu swoją wieś Janicovo. Ten dość zaskakujący zapis wyraźnie sugeruje, że nad miejscem tym musiała ciążyć jakaś potężna klątwa, skoro książę bezpłatnie przekazał ten majątek właśnie Kościołowi. Kapituła władała tym obszarem do 1796 r.

Gdy Wielkopolska znalazła się w zaborze pruskim, tereny te przejęte zostały przez armię, a na miejscu przeklętej wsi powstać miały forty. Brak opieki duchownej sprawił jednak, że stare demony się przebudziły. Wciąż miały wielką moc, o czym świadczy fakt, że zbudowany na jej miejscu „dawny fort VI” zapadł się w topieli. Mimo to obszar służył jako poligon armii pruskiej, a od 1919 r. wojsku polskiemu. W 1927 r. wojskowi zrezygnowali z tych obszarów i przekazali je miastu, a władze miejskie – zapewne pamiętając o klątwie ciążącej nad tym miejscem – postanowiły utworzyć tam cmentarz. Na pozostałym obszarze znajdowały się nieużytki, mokradła, a przede wszystkim wielki staw, który przed setkami lat pochłonął zepsutą wieś.

Nad jego niecką, pod koniec lat 60. XX w., stanął Jan Pieńczak – ówczesny wiceprezes Kolejowego Klubu Sportowego „Lech” – który postanowił, że właśnie tu powstanie stadion poznańskiej drużyny.

Widok, jaki ukazał się wysiadającemu z samochodu wiceprezesowi, nie był zachęcający. Prowadziła w to miejsce ulica Grunwaldzka, wtedy jeszcze wąska. Samochody rzadko się tam widywało. Ulicą tą można było dojechać do junikowskiego cmentarza i jeszcze dalej, do Plewisk i Komornik. Za ulicą Grochowską, gdzie w latach sześćdziesiątych powstały bloki nowego osiedla, zaczynały się głębokie peryferie, a do ulicy Bułgarskiej były jeszcze prawie 2 kilometry. […] Po zjechaniu z ulicy Grunwaldzkiej w prawo którąkolwiek z bocznych, polnych dróg widziało się pustkę, aż po Las Marceliński. […] Gdy Jan Pieńczak stanął na szosie krzyżującej się z ulicą Grunwaldzką, na teren przylegający do fortu VIII spoglądał w dół. Nie był specjalistą w dziedzinie budownictwa, ale nie trzeba było nim być, by zauważyć, że samo wyrównanie i podniesienie tego terenu będzie nie lada wyzwaniem.

Prezesi klubu w najczarniejszych wizjach nie przypuszczali, jakiego ogromu pracy, determinacji i pieniędzy będzie wymagało zbudowanie tam stadionu. Specjaliści szacowali, że do zasypania niecki potrzeba 80 tys. m3 ziemi, którą zwożono z terenu budowanych w tym czasie osiedli na Winogradach. Okazało się jednak, że potrzeba jej kilkakrotnie więcej. Odpowiedzialny za budowę, a raczej sypanie stadionu – Janusz Gogolewski – wspominał:

Nie wystarczyła ta [ziemia], o której opowiada prezes Pieńczak, przywożona z miejsca budowy wielkich osiedli mieszkaniowych. Apelowaliśmy do wykonawców wszystkich robót w Poznaniu, by nam dostarczali ziemię. Byliśmy gotowi zagospodarować każdą jej ilość.

Józef Djaczenko autor książki o poznańskim stadionie – wspominał jak wyglądał ten teren, kiedy rozpoczynała się budowa. Aż trudno uwierzyć, że tak odludne tereny znajdowały się nieopodal centrum wielkiego miasta:

Samo wyrównanie terenu stanowiło nie byle jakie przedsięwzięcie, bo należało nie tylko zasypać leje po bombach, ale i zlikwidować rozciągające się tam mokradła. To było ulubione miejsce wędkarzy. Nie przychodzili tam na połów, ale by zbierać dafnie, czyli skorupiaki służące im jako przynęta. Szukali ich w bajorkach i małych stawach, których na tym terenie nie brakowało.

Podczas niwelowania gruntu pod stadion w latach 70. natrafiono na pruski bunkier zatopiony w grzęzawisku (może dawny Fort VI?). Sprowadzono saperów, którzy mieli go wysadzić, ale okazało się, że gdyby to zrobili, w połowie miasta wypadłyby szyby, został więc zasypany ziemią zwożoną na wał pod trybuny. Odpowiadający za budowę Jerzy Gogolewski opowiadał jednak, że bunkry były trzy:

Oprócz tego największego, przy fosie, przy drugiej stronie obecnego stadionu, od ul. Ptasiej, były jeszcze dwa, dużo mniejsze. Jeden z nich łączył się z tym przy forcie, był bardzo długi. Chcieliśmy go rozebrać, ale ostatecznie został wykorzystany do przeprowadzenia ciepłociągu.

Stadion przy ul. Bułgarskiej budowano w Polsce Ludowej. Nikt nie przejmował się wierzeniami, gusłami ani starymi opowieściami, a gdy pojawiały się problemy zwoływano egzekutywę i podejmowano uchwałę. Budowniczowie okpili złe moce, bo formalnie… nigdy nie budowali tam stadionu. Właścicielem klubu były Polskie Koleje Państwowe, a w ich budżecie nie było funduszy na stadion piłkarski, oficjalnie nie prowadziły więc takiej budowy. Inwestycję „ukryto” w projekcie budowy magistrali kolejowej do Berlina, stąd na poznańskim stadionie znalazło się wiele elementów „dworcowych”. Przykłady można mnożyć: siedziba klubu i szatnie znalazły się w piętrowym budynku, zwanym nastawnią, która stanąć miała podobno na stacji Poznań Garbary, a wielką tablicę wyników wykonano w technologii dworcowych tablic informacyjnych – drugiej takiej nie było nigdzie na świecie. Stadion uruchomiono w 1980 r., po 12 latach od rozpoczęcia inwestycji, ale tak naprawdę jego budowa nigdy nie została zakończona – nie doczekał się czwartej trybuny oraz zaplanowanej obok niej pływalni, sali sportowej i centrum odnowy biologicznej. Problemy, jakie wiecznie nękały budowniczych tego obiektu zaiste trudno wytłumaczyć inaczej niż ciążącą nad tym terenem klątwą mieszkańców dawnego Junikowa, których wieczny spokój zakłócali.

Okazało się, że klątwa jest silniejsza niż ustroje. Skończyła się Polska Ludowa, a władze Poznania u progu XXI w. postanowiły przebudować stadion. Znowu pojawiły się liczne, całkowicie nieprzewidywalne kłopoty, teraz jednak w celu ich pokonania nie zwoływano egzekutyw ale – zgodnie z zasadami kapitalizmu – wydawano kolejne fundusze. Projektant stadionu, Wojciech Ryżyński, opowiadał, że problemy związane z podmokłym terenem były dla niego nie lada wyzwaniem:

[…] teren był rzeczywiście podmokły, ale nie w sposób naturalny, lecz za przyczyną uszkodzenia kanału. Płynący tamtędy Strumień Junikowski został wykorzystany jako naturalny kolektor, zabudowany podobnie jak inne cieki wodne w Poznaniu, na przykład rzeczka Bogdanka. Zanim władze pruskie przystąpiły do budowy fortyfikacji, musiały przecież odwodnić teren. Doszło jednak do awarii, woda nie popłynęła w kierunku Warty, lecz rozlewała się na miejscu.

Co więcej, nieoczekiwanie ujawnił się czwarty, nikomu wcześniej nieznany, pruski bunkier.

Latem 2011 roku, w trakcie wymiany murawy po zawodach Red Bull X-Fighters, a przy okazji znajdujących się pod nią instalacji grzewczych i odwadniających, pracownicy namierzyli jeszcze jedną militarną budowlę. Tkwiła sobie prawie na środku boiska, kilkadziesiąt centymetrów poniżej trawy. Została natychmiast schowana, by nie kusić losu, nie utrudniać przygotowań do Euro 2012, nikt nie był zainteresowany nagłaśnianiem tego znaleziska. […]   

Stadion ostatecznie został uruchomiony, klątwa Starego Junikowa dopadła jednak prezydenta Ryszarda Grobelnego, który wkrótce potem stracił swoje stanowisko, na rzecz – mieszkającego tuż przy Junikowie – Jacka Jaśkowiaka. W 2015 r. na stadionie odbyła się wielka msza z okazji 1050. rocznicy Chrztu Polski – obecni na niej przekonują, że modły jakie wówczas odprawiono musiały przegnać nawet najbardziej oporne demony i nic nie powinno już zakłócać funkcjonowania tego obiektu.

Paweł Cieliczko

Tekst pierwotnie opublikowany został w  „Puls Poznania” w 1(13)/2017 r.

Bibliografia:

  1. Józef Djaczenko, Magia Bułgarskiej, Poznań 2012, s. 60-61.
  2. Renata Graf, Zmiany stosunków wodnych w dorzeczu Strumienia Junikowskiego związane z kopalnictwem [w:] Dorzecze Strumienia Junikowskiego. Stan obecny i perspektywy, red. Alfred Kaniecki, Poznań 1995, s. 14-21.
  3. Krzysztof Kwaśniewski, O zagładzie dawnego Junikowa [w:] Poznańskie legendy i nie tylko, Poznań 2004, s. 108.
  4. PosenerWandervogel [w:] „AusdemPosenerLande”, r. 5, 1910, nr 4, s. 199.

Grafika:

  1. Agnieszka Zaprzalska.

Komentarze

komentarz

Opublikowano

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.