Legenda o Górze Zamkowej

Paweł Cieliczko: Legenda o Górze Zamkowej |


Przed kilkoma laty na Górze Przemysła w Poznaniu zbudowana została replika zamku królewskiego z czasów króla Przemysła II. Inicjatywa ta wzbudziła wiele kontrowersji, a budynek nie jest właściwie nawet repliką, gdyż nikt nie wie, jak średniowieczny, poznański zamek naprawdę wyglądał. Liczni poznaniacy protestowali przeciwko tej inwestycji, twierdząc, że przypomina ona bardziej zamek Gargamela i nie jest miastu potrzebna. Argumentowali wreszcie, że nowy, średniowieczny zamek królewski będzie się źle komponował z renesansowym ratuszem i rynkowymi kamieniczkami. Krytycy zapomnieli jednak, że cała Góra Przemysła, na której zamek wzniesiono, od początku źle komponowała się z Poznaniem. Jej obecność była dla mieszkańców miasta tak irytująca, i to od niepamiętnych czasów, że stworzyli nawet legendę, która wyjaśniała jej pojawienie się w centrum miasta, działaniem diabelskich mocy.

Legenda o zamkowej górze

Zdarzyć się to miało za panowania księcia Mieszka I. Średniowieczni kronikarze piszą, że ten potężny władca Polan – czy to z wielkiej miłości czy dla politycznych sojuszy – zapragnął poślubić czeską księżniczkę Dobrawę. Ta jednak nie zgadzała się zostać jego żoną tak długo, póki nie przyjmie chrześcijaństwa. Mieszko w końcu uległ jej namowom, odesłał swoich siedem dotychczasowych pogańskich żon i przed katolickim kapłanem poślubił Dobrawę. Wraz z księciem chrzest przyjęli jego możnowładcy, wojewodowie i rycerze, a w ślad za nimi na chrześcijaństwo nawracani byli poddani. Postępy chrześcijaństwa na ziemiach polskich bardzo nie podobały się to diabłom, które z każdym ochrzczonym, traciły kolejną duszę.

Stolica państwa Mieszka I znajdowała się podobno w Gnieźnie, ale to w Poznaniu powstało pierwsze biskupstwo, założone przez włoskiego misjonarza Jordana i w Poznaniu księżniczka Dobrawa wzniosła pierwszą kaplicę, na której miejscu stoi dzisiaj kościółek Najświętszej Marii Panny. W Poznaniu też chrześcijaństwo czyniło najszybsze postępy i mieszkańcy tego właśnie grodu byli najbardziej religijni. Niektórzy badacze zresztą uważają, że nazwa miasta Poznań pochodzi od tego, że to właśnie w tym miejscu poznano religię chrześcijańska i ten wiekopomny fakt upamiętniono w nazwie piastowskiego grodu.

Postępy, jakie czyniło chrześcijaństwo na ziemiach polskich, bardzo złościły naczelnego przywódcę świata ciemności, szatana Lucyfera, nie mniej zaś podległych mu diabłów, jego podkomendnych. Ludzie przestawali się ich bać, odpędzali diabły wykonując ręką znak krzyża, a księża wypalali im skórę święconą wodą, wymachując za nimi kropidłem. Kapłani starych kultów, którzy dotąd służyli Panu Ciemności, przechodzili na stronę chrześcijańskiej jasności i zaczynali oddawać hołd Jezusowi, a jeśli tego sami nie czynili, to byli wyganiani przez miejscową ludność i książęcych wojów. Kolejne słowiańskie dusze, zamiast po śmierci trafiać do piekła, były zbawiane i wędrowały do raju. Tendencje te bardzo niepokoiły wszystkie diabelskie instancje, ale przerażenie wśród nich wywołała wiadomość, że na wyspie w widłach Warty i Cybiny – gdzie wówczas znajdował się Poznań, a dzisiaj jest Ostrów Tumski – zbudowana ma zostać wielka, chrześcijańska katedra pod wezwaniem świętego Piotra. Książę Mieszko ufundować ją postanowił na relikwii miecza, którym Książę Apostołów odciął ucho jednego ze sług arcykapłana, którzy przyszli aresztować Jezusa.

Lucyfer wiedział, że katedra zbudowana na tak potężnej relikwii zacznie promieniować mocą na cały kraj, będzie widomym znakiem potęgi nowego boga, a w katedralnej szkole kształcić się zaczną zastępy księży, zakonników i misjonarzy, którzy nową religię rozpropagują wśród mieszkańców. Szatan wiedział, że powstanie katedry ostatecznie przechyli szalę zwycięstwa na stronę chrześcijaństwa, a diabły stracą kontrolę nad duszami Polaków. Lucyfer zwołał więc w trybie pilnym naradę, na którą wezwał najważniejsze polskie diabły: Borutę, Rokitę, Smółkę, Węglika i Widorackiego. Zebranie rozpoczął – jak relacjonował to wybitny specjalista od poznańskich legend Stanisław Świrko – następującymi słowami:

Moi mili i bliscy sercu mojemu czarci polscy! Przez długie wieki panowaliśmy nad bałwochwalczym ludem Polan i dobrze nam się tu działo. Teraz kneź ich, Mieszko I, przyjął nową wiarę, a wszystkich bożków pogańskich, których mieliśmy pod swoją opieką, kazał zburzyć lub potopić w jeziorach i bagnach. Gród Poznań wykazuje właśnie najwięcej gorliwości w krzewieniu nowej wiary. Nie wolno puszczać płazem takiego wiarołomstwa. 

Zebrane na naradzie diabły zaszemrały, ale nie pozostawało im nic innego jak zgodzić się z diagnozą Lucyfera. Ten wodził wzrokiem po komnacie, szukając w ich twarzach jakiegoś pomysłu na wybrnięcie z tej dramatycznej sytuacji. Diabły spuszczały jednak głowy, bo żaden nie miał pomysłu na powstrzymanie naporu chrześcijaństwa i ukaranie mieszkańców miasta, którzy odwrócili się od starych bogów. Władca piekieł pokiwał z politowaniem głową, a potem przedstawił im swój genialny plan, który znamy z tej samej relacji Stanisława Świrko:

[…] rozkazuję wam w najbliższą noc, gdy księżyc będzie w nowiu, a niebo chmurne, udać się pod Gniezno. Jest tam pod grodem góra pogańska, na której stał ongiś posąg bogini Nii. Weźmiecie to wzgórze i wrzucicie je pod Poznaniem w koryto Warty, tak by wezbrane jej wody wystąpiły z brzegów, połączyły się z rzeczką Cybiną i zalały całe miasto. Poznańczycy pojmą wówczas, iż jest to klątwa porzuconych bogów i niechybnie powrócą do wiary przodków swoich. Dowódcą waszym mianuję Borutę. A teraz wykonać!  

Plan był wprost doskonały. Pojawienie się nagle w Poznaniu, pogańskiej góry kultowej, która miała zatarasować koryto Warty, spiętrzyć jej wody i zalać Ostrów Tumski, byłoby widomym i zrozumiałym dla wszystkich mieszkańców pokazem mocy pogańskich bóstw. Taka demonstracja diabelskiej siły po wsze czasy przypominałaby wszystkim o tym, co spotkało tych, którzy zdradzili diabelskie obrzędy, odstąpili od pogańskich wierzeń i przyjęli nową wiarę. Wezbrane wody Warty i Cybiny zalałyby cały ówczesny Poznań, zniszczony zostałby kościółek Najświętszej Marii Panny, wzniesiony przez Dobrawę; z wodą spłynęłaby także, wznoszona właśnie w niemałym trudzie, katedra świętego Piotra. W nurtach rzecznego potopu zginęliby mieszkający na Ostrowie Tumskim chrześcijańscy kapłani, zginęłaby też rodzina księcia, który odrzucił wiarę przodków. Ocaleliby tylko prości ludzie mieszkający na podgrodziu. Oni jednak po takim dowodzie diabelskiej potęgi nigdy już nie odważyliby się odstąpić od starych, diabelskich zabobonów, na rzecz chrześcijaństwa.

Diabły czym prędzej udały się pod Gniezno, a tam bez trudu odnalazły górę poświęconą dawniej pogańskiej bogini Nii i zabrały się do przygotowywania jej do transportu. Jedni autorzy twierdzą, że biesy przebiły się pod górą i opasały ją mocnymi linami, drudzy z kolei utrzymują, że zarzuciły na nią magiczną sieć, jeszcze inni zaś zapewniają, że po prostu poderwały wzgórze magiczną siłą swych diabelskich ramion. Niezależnie od tego, w jaki sposób to uczyniły, faktem legendarnym pozostaje, że uniosły górę i powoli, wraz z nią zaczęły wzlatywać ku górze.

Dowodzący akcją Boruta nakazał wznieść się diabłom taszczącym kamienne wzgórze wysoko, ponad poziom chmur, nie chciał bowiem dopuścić do tego, by ktoś przedwcześnie odkrył sekretny, szatański plan i przestrzegł śpiących mieszkańców miasta skazanego na zagładę. Kiedy już znaleźli się ponad chmurami, skierował się diabły wraz z ładunkiem prosto ku Poznaniowi. Kamienna góra była jednak bardzo ciężka, diabły męczyły się straszliwie, złorzeczyły niezbyt mądrze (A nich to diabli wezmą!),ale powoli zbliżały się do Poznania. Wkrótce w dole zamajaczyła wijąca się błękitną wstęgą Warta. Byli już blisko celu swojej zdradzieckiej wyprawy, musieli już tylko zrzucić morderczą bombę na miasto. Dowódca nakazał im powoli opuszczać się ku dołowi, sam zaś manewrował nimi tak, aby trafili dokładnie w koryto rzeki. Noc była jednak ciemna, ponura i wietrzna, księżyc był w nowiu i nie oświetlał dobrze krajobrazu i diabeł nie mógł dostrzec nawet zarysu budowanej katedry.

Nagle uświadomił sobie, że może przecież oświetlić przestrzeń. Uderzył kopytem o kopyto i skrzesał pierwszą iskrę. Uderzył po raz drugi i spod kopyt wypadł snop iskier, jasny jak racowiska organizowane czasem przez kibiców poznańskiej drużyny. Całe miasto widoczne było jak na dłoni, a właściwie nie na dłoni ale za ogonem, bo diabły w ciemności ominęły już rzekę i Ostrów Tumski. Boruta skrzesał kolejny snop iskier, diabły zawróciły i… zamarły z przerażenia. Usłyszały bowiem dźwięk, który przyprawiał je o dreszcze, budził w nich lęk tak potworny, że aż szczecina jeżyła się na ich karkach, a rogi prężyły się ze strachu. Diabły usłyszały pianie koguta. Pierwszemu kurowi odpowiedział drugi, drugiemu trzeci i trzeciemu czwarty i cały Poznań rozbrzmiewał pianiem kogutów zwiastującym nadchodzący poranek.

Boruta latał jak szalony, krzyczał, by diabły nie zważały na piejące kury i czym prędzej leciały ku Ostrowowi Tumskiemu, by spuścić kamienną górę w nurt rzeki i zatopić zbuntowaną przeciwko Panu Ciemności wyspę tumską. Diabły jednak ani myślały ruszyć ku Poznaniowi, zwłaszcza że znajdował się on na wschód od zajmowanych przez nie pozycji, a ze wschodu właśnie, w każdej chwili, spodziewali się rozbłyśnięcia pierwszych blasków porannego słońca. Przerażone diabły, bojąc się, że za chwile zostaną spopielone w słonecznych promieniach, nie słuchały wyjaśnień Boruty, który wykrzykiwał, że to nie słońce, a snop iskier spod jego kopyt obudził poznańskie kury. Gdy pierwsze przerażenie i odrętwienie minęło, diabły wypuściły przytransportowaną z Gniezna górę i pędem czmychnęły na zachód.

Gdy ostatnia iskra skrzesana przez Borutę zgasła, tumskie koguty uspokoiły się. Za oknami kurników znów było ciemno. Uznały, że poranek jednak jeszcze nie nadchodzi i na powrót zasnęły na swoich grzędach. Podobnie uczynili także mieszkańcy Poznania, obudzeni pianiem kogutów i krótkim wstrząsem.

Rankiem, gdy mieszkańcy Poznania się obudzili, zobaczyli że na horyzoncie, za rzeką majaczy zarys wzgórza, którego nie było, gdy kładli się spać. Zaskoczeni wylegli nad Wartę, przeprawili się na jej drugi brzeg i ze zdumieniem przyglądali się kamiennej górze. Pojawiały się wśród nich najbardziej fantastyczne teorie dotyczące okoliczności jej powstania. Jedni mówili, że spadła z nieba, nazywali ją meteorem, a mówili że jego odłamki poleciały hen ku Morasku. Inni twierdzili, że podczas nocy wypiętrzyła się spod ziemi, a za chwilę będzie strzelała płomieniami. W końcu jednak przyszli niedowiarkowie i miłośnicy spokoju oraz stabilności, których w Poznaniu nigdy nie brakowało, i zaczęli mówić, że przecież góra jest zbyt wielka, żeby mogła się tak nagle pojawić, a to oznacza, że musiała być tam zawsze. Gdy ich stanowisko poparł Kościół, który nie chciał, by nowi wierni obawiali się potęgi sił piekielnych, rzecz została ostatecznie ustalona i wszyscy mieszkańcy Poznania przyjęli, że góra w mieście znajdowała się od pradawnych czasów.

Zawsze jednak pozostawali jacyś niedowiarkowie, którzy nie wierzyli temu, co wszyscy opowiadają na ulicach, piszą w gazetach i głoszą z ambon. Oni to właśnie przechowali w legendzie opowieść o zamkowej górze, która magiczną mocą, przyniesiona została do Poznania, przez zdesperowane polskie diabły.

 

Paweł Cieliczko

 

 

Bibliografia

  1. Marcin J. Januszkiewicz, Adam Pleskaczyński, Podręcznik Poznańczyka albo 250 dowodów wyższości Poznania nad resztą świata, Poznań 2002.
  2. Krzysztof Kwaśniewski, Legendy Poznańskie, Poznań 2013.
  3. Anna Plenzler, Legendy Poznania, Poznań 2003.
  4. Zofia Skorupska, Legendy dawnego Poznania, Poznań 2006.
  5. Stanisław Świrko, O założeniu Poznania i inne legendy, Poznań 2004.

Grafika:

  1. Agnieszka Zaprzalska

Komentarze

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.