Legenda o proboszczu i rabinie

Paweł Cieliczko: Legenda o proboszczu i rabinie |

Żydzi związani są z Poznaniem od zarania jego dziejów. To wszak żydowskiemu kupcowi Ibrahimowi ibn Jakubowi zawdzięczamy pierwszy opis państwa Mieszka I. W lewobrzeżnym Poznaniu dzielnica żydowska wytyczona została obok kościoła dominikanów, tam też znajdował się pierwszy żydowski cmentarz. Miasto się jednak rozrastało i na grzebanie zmarłych na jego terenie nie było miejsca. Kirkut miał zostać przeniesiony na stok Wzgórza św. Wojciecha czy też Wzgórza Winiarskiego.

Odtąd każdy żydowski kondukt żałobny przechodzić musiał przed kościołem św. Wojciecha. Przeszkodzić temu starał się jak mógł proboszcz Wojciech Turski (Turcius). Opowiada o tym poznańska legenda, która zanotowana została przez znanego folklorystę dr Blocha. Przeczytajmy ją w oryginalnym brzmieniu.

Żydowska powiastka z Poznania mówi o proboszczu z kościoła św. Wojciecha, że był on Żydom niezbyt łaskawy, a co gorsze znał się na czarach. 

Przed jego domem przechodziły wszystkie żydowskie kondukty żałobne. Gdy taki kondukt się zbliżał, wówczas proboszcz wychylał się z okna, wypowiadał jakieś słowa, po czym kondukt właściwie nie mógł iść dalej, gdyż zmarły podnosił się, zaczynał wyznawać swoje grzechy i wyrywać sobie włosy z głowy.

A proboszcz cofał czary, jednak dopiero po otrzymaniu znacznej sumy pieniędzy. Pewnego razu zmarł wielce prawy, lecz bardzo biedny Żyd. W jego pogrzebie wziął udział także rabin. A gdy proboszcz wychylił się z okna, wyrosły mu na głowie ogromne rogi jelenie i przestraszony nie był w stanie wymówić zaklęcia. Za sprawą rabina rogi znikły, proboszcz jednak musiał oddać wszystkie pieniądze, które kiedykolwiek zabrał Żydom. 

Przytoczona legenda przez samego autora określona została jako żydowska powiastka z Poznania, co wskazywać się zdaje raczej na jej dydaktyczny charakter, niż relację z rzeczywistych zdarzeń. Odnosiła się bowiem do stałej kondycji życiowej Żydów, którzy byli traktowani jako ludzie inni, gorsi i mieli z tego tytułu różne trudności oraz ponosili rozliczne koszty i konsekwencje swojej odrębności. Przytoczona opowieść miała dla nich znaczenie kompensacyjne. Przekonywała ten – znajdujący się w gorszej sytuacji – lud, że z czasem jego wartości zwyciężą, jego los się poprawi i to właśnie on wyjdzie zwycięsko ze wszelkich opresji. Po latach, kiedy Rzeczpospolita straciła niepodległość i Polacy sami stali się obywatelami drugiej kategorii, konstruować zaczęli swoje mity kompensacyjne. Zapomnieli, że dysponują mnóstwem narracji przez wieki gromadzonych przez ich żydowskich sąsiadów.

Opowieść o proboszczu ze św. Wojciecha i Żydach jest chyba najtrwalej związaną z Poznaniem żydowską legendą (pomijam tu oczywiście legendę o trzech hostiach, bo jest to legenda antyżydowska a nie żydowska). Świadczy o tym już samo jej, bardzo precyzyjne, osadzenie w konkretnym miejscu – na wzgórzu przed kościołem św. Wojciecha. Zastanowić się warto nad postaciami w niej występującymi, okolicznościami, które przedstawia oraz czasem, w którym się rozgrywa.

Bohaterem wskazanym w legendzie imiennie jest proboszcz Wojciech Turski (Turcius), wielce zasłużony kapłan. Był sekretarzem kapituły poznańskiej, kustoszem kościoła Panny Marii, a w uznaniu dla swych zasług złożony został w krypcie zasłużonych, w podziemiach kościoła św. Wojciecha, którego proboszczem był przez cztery lata (1588-1592).

Wspomnieć warto, że w tym czasie narastał konflikt pomiędzy katolikami i protestantami, a w Poznaniu jego epicentrum znajdowało się właśnie na Wzgórzu św. Wojciecha. Po jego prawej stronie, w miejscu uświęconym legendą o św. Wojciechu, który miał tutaj wygłosić ostatnie kazanie przed wyruszeniem z misją do Prusów, znajdował się kościół katolicki. Z drugiej strony znajdowały się natomiast grunty należące do potężnego rodu Ostrorogów, którzy przystąpili do zgromadzenia braci czeskich i przekazali dysydentom swój dwór na Wzgórzu św. Wojciecha, przebudowany na zbór braci czeskich. Gdy z kolei w 1583 roku protektor poznańskich luteran, Stanisław Górka, zbliżył się do stronnictwa prymasowskiego, nabożeństwa protestantów przeniesione zostały z jego reprezentacyjnego pałacu przy Rynku, do skromnego zboru zbudowanego na terenie jurydyki Ostrorogów, w pobliżu świątyni braci czeskich.

Gdy ksiądz Turski obejmował probostwo na niewielkim Wzgórzu św. Wojciecha znajdowały się trzy świątynie: katolicka, luterańska oraz braci czeskich. Był to już czas kontrreformacji, wolność religijna była stopniowo ograniczana, działające w Poznaniu kolegium jezuickie rozpoczynało odzyskiwanie pola dla katolików, a ruch ten nazwany został kontrreformacją. W tak napiętej religijnie atmosferze, w miejscu, gdzie przecinały się wpływy trzech wyznań, pojawiać się zaczęły żydowskie procesje pogrzebowe, które doprowadziły do wściekłości proboszcza parafii św. Wojciecha. Prawdopodobnie nieprzychylni katolikom Ostrorogowie wydzielili kolejny fragment swej parceli i przekazali ją Żydom, by obok kościoła braci czeskich oraz zboru luteran, powstała jeszcze żydowska bóżnica.

Proboszcz św. Wojciecha postanowił zdusić takie pomysły już w zarodku i stąd jego akcje kierowane przeciwko żydowskim konduktom żałobnym. Trudno uwierzyć, że ksiądz Turski był tak potężnym czarownikiem, że potrafił mocą swej magii zatrzymać procesję żałobną, wyrzucić zmarłego z trumny i sprawić, by trząsł się, rwał włosy z głowy i publicznie wyznawał swe grzechy. Zatrzymanie pochodu, porwanie trupa, hasanie z nim i wykrzykiwanie (w jego imieniu) obraźliwych haseł, mieści się natomiast doskonale w zakresie wybryków wychowanków poznańskiego kolegium jezuickiego, którzy często dręczyli żydowskich mieszkańców miasta. Dla Żydów było to tak wielkim świętokradztwem, że łatwiej im było przyjąć, że zmarły – pod wpływem czarów księdza – wstał z trumny i wyznawał swoje grzechy, niż to, że studenci kolegium jezuickiego dokonali zbezczeszczenia zwłok zmarłego. Dlatego o pomoc nie zwrócili się do władz magistrackich, ale do ich człowieka posiadającego wielką, magiczną moc.

W tym miejscu pojawia się druga, kluczowa postać tej opowieści. Jest nią poznański rabin, który potrafił pokonać moce księdza Turskiego. Badacze zajmujący się w przeszłości analizowaniem przywoływanej tutaj legendy z reguły nie podawali imienia rabina, który pokonał proboszcza-czarodzieja. Jeśli zaś to czynili, to wskazywali Naftalego ben Kohena, sławnego w całej Europie kabalistę, znanego z tego, że nie potrafił się powstrzymać od używania swych czarnoksięskich mocy. Rzucenie uroku na księdza Turskiego mieściło się w katalogu jego działań, znanych z innych opowieści. Na niego zdawały się także wskazywać jelenie rogi, gdyż jeleń znajdował się w jego herbie. Z osobą tego rabina związana jest także legenda o jeleniej głowie, którą umieścił w siedzibie poznańskiej gminy żydwskiej, by chroniła kahał przed niebezpieczeństwem. Mocy tej jeleniej głowy przypisywano fakt, że gdy w 1803 roku spłonęła cała dzielnica, żydowski ratusz pozostał nietknięty. Łączenie rabina Naftalego ben Kohena z opowieścią o proboszczu ze św. Wojciecha nie ma jednak najmniejszego sensu, gdyż Naftali rabinem w Poznaniu był sto lat później (1689-1704), niż Turski proboszczem parafii św. Wojciecha (1588-1592).

W czasach księdza Turskiego funkcjonował natomiast w Poznaniu inny, wielki rabin – Jehuda Loew ben Bezalel. Światową sławę zyskał jako MaHaraL z Pragi, a jego imię stanowiło akronim od wyrażenia Moreinu ha-Rav Loew (Nasz Nauczyciel Rabbi Loew). Urodził się w 1525 roku w Poznaniu, w znanej rodziny rabinackiej. Uznawany jest za jednego z najwybitniejszych znawców Talmudu, żydowskiej filozofii oraz mistyki, jest autorem licznych komentarzy do Tory. Szkołę talmudyczną skończył w Polsce, był rabinem Mikułowa i całych Moraw, w Pradze prowadził przez 11 lat własną jesziwę, potem był rabinem Poznania i Wielkopolski, a wreszcie został rabinem Pragi i Królestwa Czeskiego.

Rabin MaHaRaL zapamiętany został jednak przede wszystkim jako twórca Golema – ulepionego z gliny (według receptury stworzenia Adama przez Boga opisanej w Księdze Rodzaju) pozbawionego własnej woli, bardzo silnego stworzenie, którego jedynym zadaniem była ochrona praskich Żydów przed prześladowaniami ze strony chrześcijan. Bezrozumny stwór posiadający wielką siłę ożył, gdy rabin włożył mu do ust karteczkę z hebrajskim napisem emet (prawda) i okrążył go siedmiokrotnie wypowiadając magiczne formuły. Okazało się jednak, że twórca nie posiada pełnej kontroli nad swoim dziełem, golem nie tylko bronił Żydów, ale sam zaczął siać prawdziwe spustoszenie. Zamiast ograniczyć problemy, powodował ich eskalację. Rabin uznał, że musi go unieruchomić. Uczynił to poprzez wyjęcie karteczki, wymazanie z niej pierwszej litery (alef) i ponowne włożenie w usta golema. Napisane na niej słowo met (śmierć) uśpiło go na wieki.

Opowieść o Golemie jest jedną z najsławniejszych legend środkowoeuropejskich. Bardzo podobna jest konstrukcja poznańskiej legendy o magicznych działaniach rabina MaHaRaLa. Powodem zastosowania przez niego magii było – tak jak w Pradze – ciągłe nękanie żydowskich mieszkańców miasta przez katolików, a szczególnie przez proboszcza Turskiego. Aby położyć kres tym prześladowaniom, rabin użył magicznej formuły, która sprawiła, że kapłanowi wyrosły na głowie jelenie rogi. Magia nie okazała się jednak najlepszą bronią i wkrótce rabin – po zwróceniu przez księdza zrabowanych Żydom pieniędzy i zagwarantowaniu im swobody przechodu – zdjął rzucony na proboszcza urok.

Warto się tej legendzie przyjrzeć głębiej i zwrócić uwagę na zdumiewającą koincydencję kilku dat. Poczet rabinów poznańskich podaje, że MaHaRaL na urząd rabina Poznania powołany został w 1586 roku. Proboszcz Turski probostwo parafii św. Wojciecha objął dwa lata później, bo w 1588 roku. Do zdarzeń opisywanych w legendzie dojść musiałoby na samym początku urzędowania proboszcza, na co wskazują trzy okoliczności. Po pierwsze, Żydzi nie czekaliby przez lata na możliwość swobodnego grzebania swych zmarłych i wcześniej szukaliby pomocy u rabina. Po drugie, gdyby pobieranie od żydowskich konduktów pogrzebowych opłat trwało dłuższy czas, to proboszcz nie dysponowałby już pewnie wymuszonymi na Żydach pieniędzmi, których zwrot był warunkiem zdjęcia klątwy. Po trzecie wreszcie, mowa jest o tym, że po zdarzeniu z rabinem proboszcz zaprzestał gnębienia Żydów, a skoro zaprzestał, to musiał mieć moc czynienia i to dowodzi, że do zdarzeń opisywanych w tej legendzie dojść musiało najpewniej na początku jego proboszczowania.

Czytając wprost treść tej legendy wnioskować by można, że dwaj potężni kapłani starli się ze sobą na wzgórzu św. Wojciecha, przekonali się jednak, że kontynuowanie walki nie będzie im służyło, zawarli rozejm, powrócili do status quo ante belum i bez większych konfliktów funkcjonowali nadal obok siebie. Tak się jednak nie stało. Rabin MaHaRaL w 1588 roku opuścił bowiem Poznań i udał się do Pragi. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, Praga była wszak miastem znacznie atrakcyjniejszym niż Poznań i objęcie tam rabinatu byłoby awansem. MaHaral nie został jednak rabinem Pragi, ani nie prowadził tam swej jesziwy. Jego wyjazd wygląda raczej jak pospieszna ucieczka z Poznania. Wiązanie problemów rabina MaHaRaLa z konfliktem, w jaki popadł z księdzem Turskim, wydawać by się mogło nadużyciem, gdyby nie fakt, że gdy proboszcz Turski zmarł (22 kwietnia 1592), rabin MaHaRaL niezwłocznie powrócił i na powrót został rabinem Poznania i Wielkopolski.

Przyjrzyjmy się ponownie legendzie i zastanówmy się nad tym, co jeszcze można z niej wyczytać. Upraszczając jej przekaz i pozbawiając go inkrustacji magicznych, otrzymujemy następujące informacje:

1)     Żydzi zaczęli grzebać swych zmarłych w pobliżu wzgórza św. Wojciecha, zapewne uzyskawszy prawo założenia kirkutu na jakimś prywatnym gruncie.

2)     Proboszcz nie chciał, by obok jego kościoła powstał kirkut, a nie mając żadnych praw do gruntu, starał się utrudniać Żydom dojście do ich cmentarza.

3)     Rabin zawarł z proboszczem porozumienie, na mocy którego ksiądz przekazał rabinowi pokaźną sumę pieniężną i tak zakończył się jego spór z Żydami.

Gdy do powyższych informacji pochodzących z legendy dodamy naszą wiedzę o ucieczce z Poznania rabina MaHaRaLa oraz fakt, że w okolicy Wzgórza św. Wojciecha nie powstał żaden żydowski cmentarz, wyłania się bardzo ciekawa koncepcja.

Być może proboszcz, przekazując rabinowi pieniądze, otrzymał od niego zapewnienie, że Żydzi nie będą grzebali na przekazanym im terenie swoich zmarłych, a swoje prawa do tego terenu przekazują proboszczowi. Żydzi istotnie nie grzebali zmarłych, ale proboszcz nie mógł z niego skorzystać, bo gmina żydowska nie była jego właścicielem, a tylko uzyskała od właścicieli prawo do grzebania na nim Żydów. Proboszcz z takiego prawa nijak nie mógł skorzystać, bo jego parafianie nie byli Żydami. Aby uniknąć zemsty proboszcza oraz konieczności zwrotu otrzymanych od niego pieniędzy, rabin czym prędzej opuścił Poznań i Rzeczpospolitą, a powrócił do miasta dopiero, gdy proboszcz zmarł i nie musiał czuć się zagrożony jego zemstą. Takie wyjaśnienie tej legendy doskonale wpisuje się w opowieści o tym, jak mądry żydowski rabin przechytrzył potężnego chrześcijańskiego pana.

A skąd w takim razie te jelenie rogi? – zaprotestują czujni czytelnicy. Słowem rogacz określa się i określało mężczyznę, którego żona ma kochanka. Samo posiadanie kochanka nie wystarczyło jednak do tego, żeby zostać rogaczem. Do tego potrzebna była jeszcze powszechna wiedza otoczenia o tym, że pan małżonek jest rogaczem. Rogacz to jednak nie tylko ten, kogo zdradza żona, ale generalnie ten, o którym wszyscy wiedzą, że dał się oszukać, okpić, wystawić, jednym słowem jeleń. Najwyraźniej powszechną wiedzą było, że proboszcz Turski został przez rabina wystrychnięty na dudka, dał się ograć jak jeleń, stracił ogromne pieniądze i niczego na transakcji zawartej z rabinem nie zyskał.

 

Paweł Cieliczko

Komentarze

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.