Legenda o pustelniku z Muszej Góry

Paweł Cieliczko: Legenda o pustelniku z Muszej Góry |


Poprzednia legenda, która zaprezentowałem na blogu, opowiadała o magicznym kamieniu, dzięki któremu miecze wielkopolskich władców i rycerzy zyskiwały wielką moc. Pisząc o nim, wskazywałem na związki poznańskiej opowieści z legendami o królu Arturze a także hinduskimi podaniami o czakramach, magicznych kamieniach rozrzuconych przez boga Sziwę. Nie byłem jednak wcale pierwszym, który dostrzegał arturiańskie oraz orientalne praźródła poznańskich legend. Przed blisko stu laty, Czesław Kędzierski – dziennikarz, literat, miłośnik Poznania i propagator opowieści związanych z naszym miastem – zanotował niesamowitą opowieść o pustelniku z Muszej Góry. Podanie traktuje o zdarzeniach z zamierzchłych epok, rozgrywa się w czasie legendarnym (nie historycznym), a jego wątki nawiązują wyraźnie do bliskowschodnich opowieści z „Księgi Tysiąca i jednej nocy”. Legendę o pustelniku z Muszej Góry postaram się zrekonstruować na podstawie relacji Czesława Kędzierskiego.
Zamek Przemysła

 Legenda o pustelniku z Muszej Góry

Stary pustelnik przez lata mieszkał w swojej samotni pod Muszą Górą, która znajdowała się wówczas na zachód od murów miasta – w miejscu, gdzie dziś znajduje się Plac Wolności.  Mnich modlił się, czytał święte i uczone księgi, był powszechnie szanowany i bardzo rozważny w sądach. Czasem nawet sam król wybierał się do niego po radę. Legenda mówi, że w dniu, kiedy kończył sześćdziesiąty szósty rok życia, tak jak co dzień czytał pismo święte, gdy nagle jego spojrzenie zatrzymało się na zdaniu, które brzmiało:  O cokolwiek człowiek Boga gorąco i szczerze prosi w modlitwie, tego Bóg wysłucha i spełni jego prośbę. Czytał mnich pewnie Ewangelię według św. Mateusza, bo w niej właśnie zapisano: Proście, a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie, pukajcie a otworzą wam.

Zamyślił się starzec nad tym zdaniem, pokiwał z niedowierzaniem głową, lecz powrócił do lektury, by odpędzić wątpliwości co do boskiej mocy. Czytał dalej, lecz po chwili natrafił na kolejne zdanie, które wybiło go z nabożnej zadumy. Jakby ewangelista sam z nim rozmawiał i zapewniał go o tym, że dla Boga nie ma rzecz niemożliwych: Otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie. Zastanowił się starzec nad tym zdaniem, pokiwał niepewnie głową, skrzywił się z niesmakiem i powiedział szeptem sam do siebie:

– Zdaje mi się, że to nie zawsze się sprawdza święty ewangelisto, ale skoro tak mnie zapewniasz, to przekonajmy się. Piękną córkę ma nasz król, będę się gorąco modlił do Boga, aby sprawił, że władca da mi ją za żonę.

Modlił się pustelnik długo i solennie, prosząc, aby Bóg spełnił jego prośbę. Musiał mieć on z Bogiem bardzo zażyłe stosunki, a może modlących się było wtedy jeszcze niewielu i Bóg był w stanie osobiście odpowiadać na ich modlitewne wnioski. Stało się w każdym razie tak, że gdy wyczerpany długimi modlitwami mnich popadł w odrętwienie, jakby w letarg, usłyszał wówczas głos, który go pouczył:

– Wystarczy już twych modłów, ruszaj natychmiast ze swej pustelni, stań przed królem i poproś o rękę królewny. Jeśli naprawdę tego pragniesz i modlisz się do mnie szczerze, to ją otrzymasz. Jednak nie zwlekaj z tym ani chwili, bo póki nie staniesz przed królem, nie będę w stanie wykazać swej mocy.

Pustelnik zerwał się z podłogi, chwycił swój kostur i czym prędzej ruszył na zamek. Wkrótce dopuszczono go przed oblicze króla. Padł przed nim na kolana, opowiedział władcy o swych modlitwach, o tym jak głos z nieba wysłał go przed tron, i wreszcie poprosił o rękę królewskiej córki. Bardzo zdziwiła ta opowieść i prośba władcę, jednak – jako człowiek mądry – wiedział, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a z każdej sytuacji można wyciągnąć korzyść, dlatego nie kazał pachołkom natychmiast wygnać bezczelnego starca, ale wysłuchał go i poprosił o czas do namysłu.

Najpierw naradził się z królową, która słyszała życzenie pustelnika. Nie chciała oczywiście wydawać ukochanej córki za starca, ale słyszała, jak ten zaklinał się, że sam Bóg wysłał go i obiecał mu królewską córkę za małżonkę, a znając świątobliwość mnicha nie wątpiła, że otrzymał jakiś znak z nieba. Córce także nie spodobała się perspektywa poślubienia starego pustelnika, tym bardziej że miała już upatrzonego królewicza z sąsiedniego królestwa, ale i ona nie miała odwagi odmówić człowiekowi, który powoływał się na boskie koneksje i polecenia.

Władca wysłuchał kobiet, a jako że nadal nie potrafił znaleźć rozwiązania, kazał wezwać swoich doradców na radę królewską. Zamknęli się w komnacie i szukali rozwiązania, które nie obrazi Boga, a równocześnie ochroni królewnę przed małżeństwem ze starcem. Podczas tej tajnej narady padały różne głosy. Byli tacy, którzy uważali że starzec nawdychał się dymu z ziela mieszającego rozum i to przywiodło go przed królewskie oblicze; byli inni, którzy mówili, że wypił zbyt wiele świeżego wina, którym się raczył z okazji jubileuszu. Biskup zaś przekonywał, że to szatan pomieszał rozum starcowi, wszak pojawił się w dniu swoich 66. urodzin, a wiadomo, że szóstki to szatańskie liczby. Nikt nie miał jednak na tyle odwagi, by zaprzeczyć, że święty starzec miał kontakt z Bogiem, a ryzyko odrzucenia boskiej propozycji było bardzo wysokie. Na koniec powstał królewski kronikarz, który przedstawił rozwiązanie. Spodobało się ono wszystkim, rada się rozeszła, a pustelnika wezwano przed królewskie oblicze, by wysłuchał odpowiedzi:

– Rozmyślałem nad twoją propozycją starcze – rozpoczął król, gdy pustelnik stanął przed tronem. – Skoro sam Bóg objawił się Tobie i nakazał ci poślubić moją córkę, to nie mam takiej mocy bym mógł sprzeciwiać się jego woli.

– Bóg jest królem królów – przytaknął skwapliwie pustelnik.

– Mogę jednak postawić ci warunek – przerwał mu władca – byś przekonał mnie, królową, królewnę, biskupa i królewską radę ministrów – dodał asekuracyjnie – że otrzymałeś znak od Boga, a nie przywiódł cię tutaj jakiś diabelski podszept.

– Wszelki duch Pana Boga chwali – przeżegnał się pustelnik i zamierzał wyrazić oburzenia królewskimi słowami, lecz król znakiem ręki nakazał mu milczenie.

– Mówisz starcze, że w świętej księdze wyczytałeś, że jeśli ktoś się do Boga gorliwie modli i bardzo szczerze o coś prosi, to otrzyma to, na czym mu zależy.

– Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a otworzą wam – zaczął recytować mnich.

– Dokładanie o to nam właśnie chodzi – przerwał mnichowi król. – Pukałeś do naszych bram i otworzyliśmy my je tobie, prosiłeś i będzie ci dane. Jest jednak jeszcze trzeci warunek: szukajcie, a znajdziecie.

– Co masz na myśli najjaśniejszy panie? – zapytał niepewnie mnich.

– Mamy w naszym zamku bardzo stare księgi i też zrobiliśmy z nich użytek – zaczął król. – Jedna z nich opowiada o tym, że trzej synowie naszego dawnego króla odziedziczyli po ojcu ogromny diament. Kamień był tak wielki, że nikt nie posiadał takiej mocy, która pozwoliłaby go rozbić i podzielić, a żaden z braci nie chciał oddać go innemu. Postanowili więc, że na kamieniu wyryją swoje imiona oraz datę, w jakiej doszło do ich sporu, po czym wrzucą go w najgłębszym miejscu do jeziora Gopło. Jak postanowili, tak też uczynili.

– I diament wpadł do jeziora? – zapytał pustelnik.

– Jak kamień w wodę – podsumował król powiedzeniem, które przyszło mu właśnie do głowy i bardzo zadowolony z puenty podkręcił sobie wąsa.

– Zadanie, najjaśniejszy panie – podpowiedział mu minister.

– Ano, właśnie – żachnął się król – zadanie. Zadanie jest takie, że jeżeli pustelniku tak bardzo pragniesz mojej córki i tak solennie modlisz się o nią do Boga, to niech Bóg sprawi, że znajdziesz ten legendarny diament, wyjmiesz go z dna jeziora Gopło i sprawisz, by trafił do mojego królewskiego skarbca.

Pustelnik pokłonił się i odszedł ku swojej samotni. Gdy się w niej znalazł, zaczął modlić się do Boga, a raczej mówić do niego, a tak naprawdę złorzeczyć mu, że wystawił go na pośmiewisko przed całym dworem. Bóg najwyraźniej zirytowany był już niewiarą swego wyznawcy i ignorował jego wezwania. Rozwścieczony pustelnik zaczął z bezsilności bić rękoma o ścianę i wtedy usłyszał… dziwny dźwięk, jakby bzyczenie. Podszedł do skalnej ściany, przyłożył do niej ucho, i usłyszał te odgłosy bardzo wyraźnie. Zaczął drapać, a potem dłubać w murze i po chwili odnalazł w nim mały schowek, niszę, w której znajdował się słoiczek, a w nim zamknięta była mucha, którą swymi hałasami wybudził z letargu. Spoglądał na nią, ona patrzyła na niego. Pustelnik przyłożył pękatą buteleczkę do ucha i wtedy usłyszał wyraźny głos.

– Wypuść mnie z tej flaszki a spełnię twoje życzenie – mnich zaskoczony tym, że usłyszał gadającą muchę, odsunął słoik i patrzył na nią z niedowierzaniem. Nie wiedział, że powinien się targować i wynegocjować spełnienie przynajmniej trzech życzeń, tak jak to czynił Alladyn, gdy miał uwolnić dżina zamkniętego w cudownej lampie, gdyż wśród jego lektur pustelnika nie było baśni tysiąca i jednej nocy.

– Zgadzam się – przyjął skwapliwie propozycję pustelnik – mam życzenie. Chcę, żebyś przyniósł mi ogromny diament, ukryty na dnie jeziora Gopło – zażądał.

– Wyjmij korek, a jutro będziesz właścicielem tego diamentu – zabzyczała wyraźnie mucha.

Pustelnik rozerwał woskowy lak, odkorkował butelkę, mucha z niej natychmiast wyleciała, wylądowała przed nim na podłodze, zaczęła szybko rosnąć, przekształcać się, zmieniać i po kilku minutach przed oniemiałym eremitą stał wyprostowany diabeł. Kusy pokłonił się przed mnichem i zapytał raz jeszcze, czy jego życzeniem jest, aby przyniósł starożytny diament zalegający na dnie jeziora Gopło, a gdy oniemiały pustelnik kiwnął głową na znak zgody, strzelił kopytami i zniknął.

Pustelnik nie wiedział, co o tym myśleć. Modlił się wszak do Boga i Bóg mu obiecał, że spełnią się jego prośby. Tymczasem przed nim pojawił się diabeł, którego uwolnił, a ten obiecał mu pomoc w zrealizowaniu jego zamysłu.

– Niezbadane są wyroki boskie – uspokajał swoje myśli mnich. – Gdzież nam maluczkim odgadywać ścieżki po jakich prowadzi nas Pan? Wiadomo wszak, że moc boska może zaprząc do pracy nawet siły piekielne.

Nie miał jednak odwagi modlić się do Boga. Bał się, że źle uczynił uwalniając moce piekielne. Nie wiedział, jak modlić się w takiej sytuacji. Myśli miał mętne, prosta droga, którą dotąd podążał, zaczęła nagle wić się i komplikować. In vino veritas – przypomniał sobie starą łacińską maksymę i zszedł do piwniczki, by w winie szukać odpowiedzi na największe zagadki bytu, jakie właśnie przed nim stanęły. Pytania były trudne więc i wina musiał wypić wiele, by dotrzeć do prawdy. Nie dotarł jednak do niej, bo zasnął znużony. Obudził go hałas przed pustelnią. To wysłannik piekieł powrócił i zwalił na ziemię coś tak ciężkiego, że aż ziemia zadrżała. Gdy eremita wygramolił się z piwnicy, zobaczył leżący na podwórzu wielki głaz, ociekający jeszcze wodą, pozawijany przez wodne rośliny.

– W imię Jezusa! – zakrzyknął pustelnik. – Dokonałeś tego.

– Dokonałem tego! – powtórzył diabeł – ale imion żadnych nie przywołuj nadaremno – dodał i nieprzyjemny grymas przeszedł mu przez twarz.

– A toś mi bratku radość wielką sprawił – eremita udał, że nie dostrzegł niechęci diabła do imienia świętego. – Muszę się tobie za to jakoś odwdzięczyć – dodał, żeby zatrzymać diabła, wiedział już bowiem (może to wino jednak rozjaśniło mu umysł), że bardzo źle uczynił uwalniając z zamknięcia sługę Szatana.

– Już mi się odwdzięczyłeś – parsknął diabeł – wypuszczając mnie z butelki. Jesteśmy kwita.

– Nie mogę pojąć, jak tego dokonałeś – kontynuował rozmowę pustelnik. – Powiesz mi o tym?

– Wielkiej mocy to wymagało i sprytu – zaczął chwalić się diabeł – nie ma jednak nikogo tak przebiegłego jak ja, a przy tym tak silnego, by kamień z dna jeziora poderwać, unieść i tutaj przetransportować.

– Też mi tam wielka rzecz – żachnął się mnich – kamień z dna jeziora to i prosty rybak potrafi wyłowić – zbagatelizował osiągnięcie diabła.

– Zwykły rybak! – zdenerwował się Kusy.

– Nie złość się – przerwał mu pustelnik – wszak zachwycam się tym, co uczyniłeś, tylko że niczym mi się wydaje podniesienie kamienia z dna jeziora. Szczęście miałeś, ot co. Tak jak i wcześniej, raz ci się powiodło, ale drugi raz powtórzyć już nie dasz rady, tyle twego szczęścia, łut tylko.

– Szczęście – zakipiał diabeł – łut szczęścia! Kpisz sobie starcze ze mnie! Wszystko com raz wykonał, powtórzyć mogę i po stokroć razy.

– Tak mówisz, bo wiesz, że nie ma drugiego diamentu na dnie jeziora –pustelnik machnął ręką ze znudzeniem – tak tylko mówisz diable.

– Nie ma drugiego diamentu – pisnął ze złością Kusy – ale mogę wykonać każdą inną rzecz, którą już raz wykonałem.

– Tak tylko mówisz diable, bo wiesz, że sprawdzić tego nie można – pustelnik powiódł wzrokiem po swej izbie i jego wzrok padł na odkorkowaną buteleczkę, z której poprzedniego dnia wypuścił diabła. – O, na ten przykład już nigdy więcej nie uda ci się tak zmniejszyć, byś zmieścił się w tej butelce.

– No to faktycznie bardzo trudne zadanie – burknął diabeł – proces miniaturyzacji jest bardzo skomplikowany.

– Łut szczęścia, mówiłem łut szczęścia – powtórzył znudzonym głosem mnich.

– Skoro ci na tym tak bardzo zależy – zaperzył się diabeł – to zrobię to raz jeszcze. Będzie to specjalny pokaz da ciebie.

– Zależy mi na tym, by to zobaczyć, jak na niczym innym na świecie – szczerze zapewnił go pustelnik.

– No skoro tak – uśmiechnął się diabeł na myśl o tym, że za chwilę zażąda duszy pustelnika, bo skoro na tym zależało mu jak na niczym innym na świecie… – to patrz uważnie. –  Diabeł nagle zaczął się zmniejszać.

– Mam cię – zakrzyknął pustelnik, gdy zmniejszony do rozmiarów muchy pustelnik, wleciał do słoika i czym prędzej zamknął słoik.

– Wypuść mnie, wypuść – lamentował diabeł, gdy zrozumiał, że padł ofiarą podstępu pustelnika i został na powrót uwięziony w butelce. Pustelnik jednak nie słuchał jego próśb i złorzeczeń, tylko napisał na pergaminowej kartce – Bądź potępiony na wieki wieków. Amen. – a kartkę przykleił do słoika, włożył go do niszy w murze i dokładnie zalepił otwór gliną.

Pozbywszy się diabła, pustelnik ruszył na zamek, gdzie powiadomił króla, że spełnił jego życzenie i posiada diament, tylko nie może go przynieść, bo zbyt ciężki, więc prosi o pachołków królewskich do pomocy. Gdy dworzanie przynieśli diament do skarbca, okazał się większy niż wnioskowali z legend, a na jego ścianach były wypisane imiona braci oraz data porzucenia drogocennego kamienia w Gople. Nie było wątpliwości, że mnich spełnił postawione przed nim zadanie, nikt nie wątpił, że stoją za nim bardzo potężne siły i nawet król nie miał odwagi, by sprzeciwić się jego woli poślubienia królewskiej córki.

Wyznaczono datę ślubu. Zaproszono licznych gości. W dniu śluby pustelnik przyszedł do zamku w zwykłej włosienicy. Chciano go przebrać w królewskie szaty, ale stanowczo odmówił. Królewskie powozy wiozły króla, królową i pannę młodą do kościoła, on jednak odmówił i ruszył pieszo, podpierając się tylko kosturem. Króla złościło to nieco, ale nie miał odwagi przeciwstawiać się woli mnicha o wielkiej mocy. W końcu, przy dźwięku trąb i rogów, młoda para stanęła przed ołtarzem, a biskup wyszedł ku nim, by pobłogosławić ich małżeństwo. Najpierw zwrócił się do królewny:

– Czy chcesz z własnej i nieprzymuszonej woli poślubić tego tu mężczyznę i być jego żoną wierną mu w zdrowiu i w chorobie? – przeczytał formułkę ślubowania.

– Tak – odpowiedziała zdecydowanie królewna.

– Czy chcesz z własnej i nieprzymuszonej woli poślubić tę kobietę i być jej mężem, wspierać ją i opiekować się nią? – zapytał z kolei ksiądz pustelnika.

– Nie – odparł pustelnik stanowczo.

– Dlaczego nie? – zapytał zaskoczony celebrans.

– Czytałem bowiem w księgach świętych, a nie wiedziałem, czy o wszystko możemy prosić Boga.

– Pisał wszak Mateusz Ewangelista: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam– odparł biskup.

– Nie wiedziałem też, czy jest taka moc u Boga, by spełnić każdą prośbę wiernego.

– Pisał wszak Mateusz Ewangelista: Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą–  dokończył kapłan.

– Chciałem się przekonać, czy to prawda, i o mało nie wpadłem w pokuszenie i w moc złego ducha. Zgrzeszyłem bardzo, bo zapomniałem o przestrodze, jaką dalej przekazał nam Ewangelista

– Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie – dopowiedział kapłan.

– Wiem teraz, że moc Boga nie zna granic – kontynuował pustelnik – ale także granic nie zna boskie miłosierdzie i dlatego postanowiłem poświęcić resztę życia na przebłaganie Boga za to że zwątpiłem w Jego potęgę.

Tak zakończyła się historia pustelnika z poznańskiej Muszej Góry, który chciał sprawdzić, czy istnieją granicę boskiej mocy. Skończyła się zresztą bardzo dobrze. Król zyskał bowiem wielki diament, który stał się ozdobą jego skarbca i bogactwem królestwa. Królewna wkrótce wydana została za królewicza z sąsiedniego państwa. Pustelnik żył zaś jeszcze długo i bogobojnie, spędzając czas na modlitwach, postach i medytacjach, a jego oblicze było tak rozświetlone, że nikt z ludzi, którzy go spotykali, nie miał wątpliwości, że obcuje z człowiekiem, który zaznał łaski Bożej. Nikt nie podejrzewał nawet, że stary pustelnik nie spotkał Boga tylko diabła i pokonał go, a spotkanie z mocami piekielnymi tak bardzo wzmocniło jego wiarę. Gdy po latach książę Mieszko postanowił ochrzcić swoich poddanych, wielu pamiętało jeszcze pustelnika z Muszej Góry i bardzo chciało poznać wiarę, która dała mu taką, legendarną moc.

Paweł Cieliczko

 

Bibliografia:

  1. Krzysztof Kwaśniewski, Legendy Poznania, Poznań 2013.

Netografia:

  1. https://pl.wikipedia.org/wiki/Czesław_Kędzierski
  2. http://poznan.wikia.com/wiki/Czesław_Kędzierski

Komentarze

komentarz

Opublikowano

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.