Legenda o rogalach świętomarcińskich

Paweł Cieliczko: Legenda o rogalach świętomarcińskich |


Nigdzie w Polsce Święto Niepodległości nie jest obchodzone tak radośnie i smacznie, jak w Poznaniu, bowiem u nas 11 listopada przypadają także imieniny ulicy Święty Marcin. Po mszy odprawionej w kościele pod wezwaniem Świętego Marcina barwny korowód, wiedziony przez tegoż rycerza na białym koniu, przemierza trakt od kościoła aż do Zamku Cesarskiego, gdzie rzymski legionista spotyka się z prezydentem miasta, od którego na ten jeden dzień przejmuje władzę w mieście. Festyny, zabawy i pokazy trwają do późnego wieczora, a poznaniacy przez cały dzień zajadają się świętomarcińskimi rogalami z nadzieniem z białego maku, orzechów, bakalii i śmietany, które wypiekane są specjalnie na tę okazję i wystawiane przez dziesiątki cukierników.

Legenda o tym, jak doszło do powstania rogali świętomarcińskich, znana jest chyba każdemu dziecku w Poznaniu. Wszystko zaczęło się od nabożeństwa odprawianego w kościele znajdującym się w podpoznańskiej osadzie Święty Marcin. Proboszcz wygłaszał kazanie o św. Marcinie, patronie parafii, który zanim się nawrócił na chrześcijaństwo, był rzymskim legionistą:

‒ Gdy zimą napotkał na swej drodze półnagiego żebraka, zdjął swój płaszcz, przedarł na pół i połowę dał biednemu – relacjonowała to pamiętne kazanie Anna Plenzner. – W nocy, we śnie, objawił mu się Chrystus Pan, odziany w jego płaszcz, który rzekł do aniołów: „Patrzcie, jak mnie Marcin przyodział”.

Proboszcz spoglądał przy tym ku witrażowi przedstawiającemu rycerza na białym koniu, który mieczem przecina swój płaszcz, by jego część oddać skulonemu żebrakowi. Opowieść ta każdego roku powtarzana była przez księdza, gdy zbliżało się święto patrona i parafialny odpust. Każdego roku kazania tego słuchał mistrz piekarski Walenty, ale tym razem poruszyło go ono tak bardzo, że postanowił uczynić coś równie szlachetnego, jak św. Marcin.

Cały rok dumał piekarz Walenty nad tym, w jaki sposób mógłby godnie naśladować patrona swojej parafii. Zbliżał się jednak kolejny odpust, a piekarz niczego nie potrafił wymyślić. Nie był wszak rycerzem, nie posiadał konia, miecza ani płaszcza, jakże więc miał pomóc ubogim – zastanawiał się każdego wieczora. W końcu postanowił zwrócić się z modlitwą do św. Marcina, by ten wskazał mu drogę do zrealizowania dobrego uczynku.

W środku nocy obudził go stukot końskich kopyt. Gdy wyjrzał ku gościńcowi, zobaczył rycerza w lśniącej zbroi, który jechał dostojnie na siwym koniu. Jedni mówią, że tajemniczy jeździec nie odezwał się ani słowem, a tylko spojrzał na Walentego, uśmiechnął się do niego i odjechał, a piekarz sam domyślił się, co ma czynić. Inni utrzymują, że podsunął piekarzowi pomysł, a treść przekazanej podpowiedzi Eliza Piotrowska zrelacjonowała następująco:

Przybywam tu ciemną nocą

z dobrą radą i pomocą.

Innym pomóc chcesz, Walenty?

Własne rozwijaj talenty! –

oto, co powiedział Święty. 

Niezależnie od tego, czy rycerz milczał, jak chcą starsze wersje legendy, czy też udzielił Walentemu bezpośredniej rady, wskazując, że powinien pomagać ludziom w sposób odpowiedni do jego uzdolnień i możliwości, faktem pozostaje, że konkretnej odpowiedzi piekarzowi nie udzielił. Gdy Walenty obudził się rano, był przekonany, że rycerz w pięknej zbroi po prostu mu się przyśnił. Jednak gdy wyszedł przed dom, dostrzegł leżącą w śniegu podkowę, którą zgubił koń nocnego gościa. Piekarz przypomniał sobie słowa rycerza o obowiązku służenia ludziom zgodnie z własnymi umiejętnościami, spojrzał na podkowę i nagle doznał olśnienia. Już wiedział, co powinien zrobić. Eliza Piotrowska tak streszcza jego przemyślenia:

Jestem piekarz zawodowy

i to moim jest talentem,

rogal formę ma podkowy,

więc mam piec rogale święte!

 

Za rogala takowego

będzie płacić, kto bogaty,

a człowieka ubogiego

poczęstuję bez zapłaty!

Od samego rana, gdy tylko przyszedł do piekarni, zabrał się do pracy. Kazał czeladnikom przygotować drożdżowe ciasto, rozwałkować je cienko i pokroić w kwadraty. Inni pomocnicy mielili orzechy, migdały, bakalie i mak, a potem mieszali je z cukrem, rodzynkami i śmietaną. Smarował Walenty kawałki ciasta słodką, białą masą i zwijał je tak, że kształtem przypominały końską podkowę. Piekł kolejne blachy rogali, które planował wystawić podczas świętomarcińskiego odpustu. Jednak na swoim straganie piekarz Walenty sprzedawał je tylko tym, którzy byli bogaci, a biedakom rozdawał rogale za darmo. W ten sposób dzielił się z ubogim tym, co posiadał ‒ swoim cukierniczym talentem oraz słodkimi wyrobami.

Sława świętomarcińskich rogali mistrza Walentego rozeszła się szeroko, a że dostępne były tylko raz w roku, to na odpust z okazji imienin patrona parafii ciągnęli ludzie z całej Wielkopolski. Każdy chciał poznać smak tych niezwykłych słodyczy. Zainteresowanie bogatych, którzy kupowali jego wypieki, było tak wielkie, że piekarz bynajmniej nie zubożał od swej szczodrości ‒ ogromna sprzedaż rogali pozwalała mu bez uszczerbku dla swej kiesy rozdawać słodkości ubogim. Sprzedawał więc i rozdawał rogale piekarz Walenty przez długie lata, ale kiedy umarł nie znalazł się następca, który kontynuowałby jego działalność. Nikt nie zapisał nawet receptury i po słynnych świętomarcińskich rogalach pozostała jedynie legenda.

Legenda to pani wiekowa,

ma krótką pamięć, włosy siwe,

wszystko powtarza wciąż od nowa,

i już nie dojdziesz, co prawdziwe…

Legenda ta na nowo ożywiona została w 1891 roku. Podobnie jak przed wiekami, pewnego piekarza poruszyło kazanie wygłoszone przez proboszcza świętomarcińskiej parafii. Proboszcz nazywał się ks. Jan Lewicki, a piekarzem był Józef Melzer. Namówił on swojego pracodawcę, żeby nawiązać do starej tradycji i przygotować rogale z ciasta półfrancuskiego, wypełnione nadzieniem z białego maku, bakalii, cukru oraz śmietany, a następnie część ich sprzedawać, a część rozdawać biednym w trakcie odpustu poświęconego patronowi parafii. Odtąd po każdej mszy, która odbywała się 11 listopada, wychodzącym z kościoła ubogim wiernym rozdawane były słodkie rogale.

Tym razem poznańscy cukiernicy zadbali jednak o swój sztandarowy produkt i po śmierci Józefa Melzera zwyczaj wypieku rogali świętomarcińskich przejęło poznańskie Stowarzyszenie Cukierników.  Obecnie takie rogale wypiekane są tylko w tych cukierniach, które posiadają certyfikat Kapituły Poznańskiego Tradycyjnego Rogala Świętomarcińskiego, która powstała z inicjatywy Cechu Cukierników i Piekarzy w Poznaniu, Izby Rzemieślniczej oraz Urzędu Miasta Poznania. Jego posiadanie zobowiązuje cukierników do przygotowywania rogali według tradycyjnej receptury i przy użyciu najwyższej jakości składników: ciasta półfrancuskiego, białego maku, wanilii, mielonych daktyli, fig, rodzynek, skórki pomarańczowej, masła i śmietany. Od kilku lat Unia Europejska także certyfikuje rogale marcińskie chronionym oznaczeniem geograficznym jako produkt regionalny. Wielkopolanie zaś niezmiennie uwielbiają świętomarcińskie rogale, a najlepszy wyraz swej miłości do nich dają, zjadając około 300 ton tego przysmaku ‒ tylko w trakcie tego jednego, wyjątkowego dnia.

 

Paweł Cieliczko

 

Bibliografia:

  1. Eliza Piotrowska, Legenda o rogalach świętomarcińskich, Poznań 2010.
  2. Anna Plenzner, O świętym Marcinie i piekarzu Walentym, [w:] tejże, Legendy Poznania, Poznań 2003.

 

Netografia:

  1. http://www.rogalemarcinskie.pl/pl/historia_rogala.htmlhttp://regionwielkopolska.pl/kultura-ludowa/legendy/poznanlegenda-o-rogalach-swietomarcinskich.html
  2. https://pl.wikipedia.org/wiki/Rogal_świętomarciński
  3. http://www.poznan.pl/mim/swmarcin/tradycja-wypieku-rogali-swietomarcinskich,p,221,8987,9051.html
  4. http://www.poznan.pl/mim/swmarcin/certyfikacja-rogali-swietomarcinskich,p,221,8987,9052.html
  5. http://www.poznan.pl/mim/swmarcin/przepis-na-rogale-swietomarcinskie,p,221,8987,8992.html
  6. http://www.poznan.pl/mim/swmarcin/przepis-na-rogala-swietomarcinskiego-pisany-gwara-poznanska,p,221,8987,16209.html

Komentarze

komentarz

Opublikowano

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.