Legenda o św. Wojciechu – pogromcy pogan

Paweł Cieliczko: Legenda o św. Wojciechu – pogromcy pogan. |

Przed kilkoma tygodniami pisałem o średniowiecznej legendzie, opowiadającej o tym, jak król Kazimierz Mnich (Odnowiciel) modlił się w kościółku Najświętszej Marii Panny, szukając w modlitwie rady co do dalszego postępowania. Władca chciał zrezygnować z walki o polski tron, zakończyć wojnę domową z Masławem i powrócić do klasztoru, tak jak mu to było pierwotnie przeznaczone. Gdy jednak, umęczony długimi modlitwami, zapadał w sen, budził go głos nakazujący mu podnieść miecz i walczyć przeciwko przeważającym wojskom Mazowszan, Pomorzan i Prusów. Książę Kazimierz posłuchał, podniósł miecz i poprowadził swe nieliczne wojska do boju przeciwko przeważającym, wrogim armiom. Bitwa zakończyła się wielkim zwycięstwem piastowskiego księcia Kazimierza, od niej  rozpoczął proces odbudowy Królestwa Polskiego.

Pisząc o tej poznańskiej legendzie skoncentrowałem się na jej pierwszej części, która rozgrywała się w kościółku Najświętszej Marii Panny (a raczej w kaplicy książęcej, na której fundamentach kościółek został wzniesiony). Dowodziłem wówczas, że miecz młodego władcy swą wielką moc czerpał ze świętego (lub diabelskiego) głazu, z którego wykonano ołtarz. Fragment znajduje się do dziś w fundamentach kościółka i nosi wyraźne ślady rys i wyżłobień po mieczach (gdyż przez wieki wielkopolscy rycerze, zanim wyruszyli na wojnę, ostrzyli je o ten niezwykły kamień, by nabrały mocy). Zastanawiałem się czy to nie opis działania jednego ze słynnych czakramów ziemi – miejsc o wielkiej mocy.

Nie zająłem się wówczas kwestią samego miecza, którego podniesienie nakazywał Piastowiczowi głos z niebios. Wyruszenie z tym orężem w bój, gwarantować miało, że misja zakończy się pełnym sukcesem i pokona wrogów z jakimi przyjdzie mu się zmierzyć. O tym napiszę jednak innym razem. Teraz zająć się chciałem drugą częścią legendy, którą wówczas omówiłem dość pobieżnie. Traktuje ona o samej bitwie wojsk Kazimierza Odnowiciela stoczonej z armią Masława, która miała miejsce w pobliżu wsi leżącej przy trakcie z Gniezna do Poznania. Wielkie zwycięstwo (zwane w języku słowiańskim pobiedą), jakie odniósł tam piastowski książę nad swoimi wrogami, sprawiło że miejscowość ta zyskała nową nazwę – Pobiedziska.

W średniowiecznych pieśniach o tej bitwie wskazywano, że zwycięstwo odniesione przez Kazimierza Odnowiciela nie było wyłączną zasługą władcy i jego oddziałów. Pierwsi kronikarze nie wspominali co prawda o nadprzyrodzonej interwencji, wzmianka o niej pojawiła się jednak już w „Rocznikach” Jana Długosza, który tak opisywał te zdarzenia:

Kiedy bowiem na początku walki Polacy nacierali na wrogów, zobaczyli jakiegoś człowieka w białym płaszczu, na białym koniu, z białym sztandarem, który unosił się w powietrzu i stale, jak długo trwał bój, podniecał Polaków do walki. […] Po skończonej walce zniknęła postać męża wspomagającego z nieba polskie szyki.  

Ta na poły legendarna opowieść bardzo dobrze przyjęła się w polskiej historiografii. Przebieg bitwy pod Pobiedziskami bardzo podobnie opisany został – pod koniec XIX w. – przez wybitnego historyka polskiego średniowiecza, Tadeusza Wojciechowskiego, którego relacja bardziej przypomina baśń niż naukową narrację profesjonalnego badacza przeszłości:

Dosiedli koni i krzyżem świętym się przeżegnawszy ruszyli na wroga. Wraz przyłączył się do nich w przestworzu mąż jakiś, w szatach białych i na koniu białym, chorągiew białą nad nimi rozwiewał i wołał: „Na wroga! Na wroga!”. A wołał póty, aż całe wojsko pogańskie rozgromili i znieśli, tak iż od krwi pobitych Warta potężnie poza brzegi wylała. Wroga rozbiwszy, w taki wpadli szał bitewny, że sami na siebie się rzucali; ale słysząc, że jednym i wspólnym hasłem się nawołują, wzajem się poznali; owego zaś chorążego na białym koniu nie było.           

Trudno zweryfikować źródła z jakich korzystał poznański poeta Florian Jernas, jego wierszowany opis nie różni się jednak zasadniczo od kronikarskich zapisek Długosza ani historycznej narracji Wojciechowskiego:

Jechali przez polany

Kłusem, pędem i cwałem,

A do nich się przyłączył

Rycerz w odzieniu białym.

Przyłączył się do nich

Świetlisty mąż

Na białym pędził koniu

I wołał wciąż:

„W imię Boga na wroga!”.

Więc runęli rycerze

Na pogańskie drużyny

I w puch je rozgromiwszy

Krwią splamili brzeziny.

A Warta falująca

Przeźroczem wód w błękicie –

Wylała poza brzegi

Krwią wezbrana obficie.

Ani kronikarz, ani historyk, ani poeta nie podjęli jednak próby wyjaśnienia, kim był ów tajemniczy biały rycerz na białym koniu, który przybył na pomoc skromnym oddziałom Kazimierza Mnicha i sprawił, że rozniosły one w pył potężne wojska Masława. Dla współczesnych młodych czytelników wyjaśnienie wydaje się absolutnie jasne i jako tajemniczego przybysza zgodnie wskazują Gandalfa, bohatera trylogii „Władca Pierścieni” J.R.R. Tolkiena. Wówczas jednak białowłosy czarownik nie funkcjonował jeszcze w kulturze, a o popkulturze nikt nawet nie słyszał, musiano więc wskazać innego bohatera. Próbę odgadnięcia jego imienia podjęła Anna Planzler, która rekonstruując średniowieczną legendę, tak opisywała przebieg bitwy:

Nie wiedzieć kto i jak go [Kazimierza Mnicha] wiódł, że akurat w tę, a nie w inną stronę konia skierował, ale już wkrótce okazać się miało, jak słuszna to była decyzja. Na horyzoncie ujrzano wojska Masława. Wtedy też do rycerzy Kazimierza dołączył z przestworzy mąż jakowyś, jakiego nigdy wcześniej nie widziano, w białych szatach i na białym koniu, który chorągiew białą na wietrze rozwijając, co rusz krzyczał, do boju kazimierzowskich rycerzy zagrzewając:

– Na wroga! Na wroga!

Powiadali potem, że to sam święty Wojciech z pomocą Kazimierzowi przyszedł, ale inni w mężu owym w białych szatach Michała Archanioła widzieć chcieli. Dość rzecz, że do walki zagrzewał dopóty, dopóki całe pogańskie wojsko, co je Masław ze sobą zabrał, by przeciw własnej ojczyźnie stanąć, rozgromione i zniesione zostało.

Podobnego zdania była Zofia Skorupska, która w swej legendzie opisywała nawet, jak ten niezwykły człowiek w białych szatach, który przesądził o zwycięstwie Kazimierza Odnowiciela, przywołany został przez jadących wolno rycerzy, gromko śpiewających „Bogurodzicę”:

Nagle z blasków zorzy porannej od tej strony ziemi Polan, kędy gród Gniezno leży, oderwał ci się jakby jeden pozłocisty promień i rychło postać męża w białych szatach przybrał, który na białym koniu w przestworza szybując, chorągiew białą w powietrzu rozwinął i nad głowami rycerzy nią powiewając, wołał donośnie:

– Na wroga! Na wroga!

Od onego poszumu i wołania wypełniła się okolica cała głosem gromkim, co to ducha spotężnieje, a ciału mocy doda. Patron Polski, opiekun Chrobrego i jego wnuków, święty Wojciech, szedł na pomoc walczącej garstce chrześcijan.

– Na wroga! Na wroga! – wołał póty, dopóki całe wojsko pogańskie nie zostało rozgromione i doszczętnie zniesione.

Powodów do zaangażowania się w sprawę Kazimierza Odnowiciela miał bowiem święty Wojciech doprawdy wiele. Pierwszym była osobista przyjaźń, jaką darzył Bolesława Chrobrego. Drugim wdzięczność za wykupienie jego ciało od pogan, za co król zapłacił złotem tyle, ile ważyło. Trzecim radość z tego, że na jego relikwiach wzniesiona została katedra gnieźnieńska, a on stał się świętym patronem całego piastowskiego państwa. Już tylko te przyczyny sprawiały, że czuł się zobowiązany wspomóc Bolesławowego wnuka. Znaczenie miał też zapewne fakt, że wśród wojsk Masława znajdowały się hufce pogańskich Pomorzan i Prusów, których przodkowie zamordowali św. Wojciecha i stąd nie darzył ich na pewno zbytnią sympatią.

Wszystkie powyższe argumenty – o interwencji świętego Wojciecha w bieżące sprawy polskie – brzmią przekonywująco, ale jest jeszcze jeden. Lokuje on poznańską legendę o pomocy św. Wojciecha chrześcijańskim rycerzom w bitwie z poganami, w kręgu wielkich, średniowiecznych legend europejskich. Uświadomiłem to sobie patrząc na obrazy przedstawiające patrona Hiszpanii – Santiago Matamoros (św. Jakuba Pogromcy Maurów). Opowieść o ujarzmieniu pomorskich pogan przez św. Wojciecha jest bowiem niemal identyczna, jak opis interwencji św. Jakuba w bitwie pod Claviho, gdzie wsparł katolickich rycerzy i pokonał pogańskich Maurów.

Podkreślić warto, że obaj ci święci za życia nie angażowali się w żadne akcje militarne, a specjalizowali się w działalności misyjnej i pokojowym głoszeniu słowa Bożego. Święty Jakub (którego hiszpańskie imię brzmi Santiago) chrystianizował Hiszpanię, której został patronem. Święty Wojciech popierał zaś polskiego księcia Bolesława Chrobrego, a potem – aby rozszerzyć jego domenę – wyruszył z akcją misyjną do pogańskich Prus. Wokół relikwii tych świętych zbudowane zostały najważniejsze sanktuaria: Polski – katedra gnieźnieńska oraz Hiszpanii – Santiago de Compostella. Obaj ci święci – gdy chrześcijańskie kraje, którym patronowali były zagrożone przez niewiernych – zdecydowali się zstąpić z niebios na ziemię i objawić się w postaci białych rycerzy na białych koniach, którzy wsparli chrześcijańskich wojowników, by uratować chrześcijaństwo w tych krajach.

Święty Jakub ze względu na swoją interwencję zyskał przydomek „Matamoros”, czyli „pogromca Maurów”, bo jego przybyciu z niebios przypisywano zwycięstwo w mitycznej bitwie pod Clavijo, niedaleko Logrono, w 844 roku. Zetrzeć się tam miały wojska dowodzone przez chrześcijańskiego króla Asturii Ramira I z wojskami arabskimi, na czele których stał Abderrman II. Święty Jakub pojawić się miał na czele wojsk katolickich, na białym rumaku z mieczem w dłoni. Dodawał rycerzom ducha walki i pomógł im zwyciężyć niewiernych, a sam zabił tam podobno 3 000 wyznawców Allaha.

Podobnie było ze świętym Wojciechem, który wspierał wojska katolickiego księcia Kazimierza Mnicha (Odnowiciela) w bitwie pod Pobiedziskami, przeciwko wyznającymi religię słowiańską Mazowszanom oraz poganami z Prus i Pomorza. Legenda głosi, że dzięki jego bezpośredniej pomocy Polacy pokonali wrogów kraju i wiary, a podczas krwawej bitwy – według Długosza – zginęło aż 15000 pogan, ilu osobiście zabitych przez świetlistego rycerza, kroniki nie wspominają.

Legenda o św. Wojciechu, który przybył z nieba, by wesprzeć wnuka Bolesława Chrobrego w walce ze zbuntowanym wojewodą, a przede wszystkim z poganami, jest – podobnie jak legenda o św. Jakubie pogromcy Maurów – wspaniałą opowieścią o tym, jak święci patroni bronili oddanych im pod opiekę królestw przed najazdami obcych. Nasza legenda była zapewne powtórzeniem legendy, której bohaterem był Santiago Matamoros. Była jednak opowieścią tak doskonale skomponowaną i tak fantastycznie wplecioną w relację o dziejach Polski, że przez stulecia nikt nie dostrzegł jej iberyjskiej inspiracji. I my traktujmy ją więc jako polską (a nawet wielkopolską) legendę,  pamiętajmy jedynie o tym, że Hiszpanie mają bardzo podobną.   

Paweł Cieliczko

 

Bibliografia:

  1. Jan Długosz, Roczniki czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego, Księga 3-4, Warszawa 2009, s. 47-48.
  2. Florian Jernas, Księżyc nad Poznaniem, Poznań 1937.
  3. Krzysztof Kwaśniewski, Legendy Poznańskie, Poznań 2013.
  4. Anna Plenzler, Legendy Poznania, Poznań 2003.
  5. Zofia Skorupska, Legendy dawnego Poznania, Poznań 2006.
  6. Tadeusz Wojciechowski, O Kazimierzu Mnichu, Lwów 1881.

 

Grafika:

  1. Agnieszka Zaprzalaska

Komentarze

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WordPress spam zablokowany CleanTalk.