Legenda o zakonniku ekshibicjoniście

Józef Łukaszewski, autor pierwszej historii Poznania, która zatytułowana była Obraz historyczny i statystyczny dawnego Poznania, zanotował w połowie XIX wieku legendę o osobniku, który w 1465 roku miał pojawiać się nad Wartą i obnażać się przed praczkami, budząc w nich wielki strach. Czytaj dalej Legenda o zakonniku ekshibicjoniście

Legenda o cudownym ocaleniu klasztoru Bernardynów

Wojska szwedzkie kilkakrotnie zdobywały Poznań i zawsze łupiły miasto niemiłosiernie, a mieszkańcom przysparzały ogromnych cierpień; stąd szwedzkie okupacje zapisały się szczególnie tragicznie w pamięci poznańczyków. Podbita i uciemiężona ludność, nie mając sił Czytaj dalej Legenda o cudownym ocaleniu klasztoru Bernardynów

Legenda o powstaniu nazwy Jeżyce

Nazwa Jeżyce wywodzi się najprawdopodobniej od człowieka o imieniu Jeż, który był właścicielem tej osady we wczesnym średniowieczu. W przywileju lokacyjnym wydanym w 1241 roku dla Poznania przez książąt Przemysła I oraz Bolesława Pobożnego wieś znajdująca się na zachód od miasta występuje już pod tą nazwą. Czytaj dalej Legenda o powstaniu nazwy Jeżyce

Legenda o krawcu Chwaliszewie

Chwaliszewo przez wieki było wyspą położoną w ramionach Warty, pomiędzy Ostrowem Tumskim a Poznaniem, należącą do katedry poznańskiej. Nazywano ją Groblą Kapitulną. Niektórzy określali ją też Waliszewem, a pochodzenie tej nazwy wiązane było z toponimicznym założycielem osady, jakimś mitycznym Waliszem, Faliszem czy Chwaliszem, którego Czytaj dalej Legenda o krawcu Chwaliszewie

Legenda o księżnej Ludgardzie i czarnym Rycerzu

W poprzednich artykułach przedstawiłem dwie wersje legendy o zamordowaniu księżnej Ludgardy, do którego dojść miało na poznańskim zamku. W polskiej relacji – którą Jan Długosz spisał na podstawie zasłyszanych pieśni jarmarcznych – głównym winowajcą miał być książę Przemysł I. Żona miała go błagać, by Czytaj dalej Legenda o księżnej Ludgardzie i czarnym Rycerzu

Legenda o poznańskich koziołkach

Paweł Cieliczko: Legenda o poznańskich koziołkach |

Najstarsza treść podania o poznańskich koziołkach – według zapewnień specjalisty od poznańskich legend Krzysztofa Kwaśniewskiego – zanotowana została następująco:

W dawnych czasach przygotowywano się kiedyś w Ratuszu do wspaniałej uczty, którą sam wojewoda podejmować miał burmistrza i sławetnych panów rajców. Tymczasem w kuchni, w której, jak zwykle w takich razach, panowało istne urwanie głowy – stało się nieszczęście. Oto to najważniejsze pieczyste z sarniego mięsa, główne danie, które miało stanąć na naczelnym miejscu, tam, gdzie sadzano najdostojniejszych gości – przypaliło się srodze przez nieuwagę gapowatego kuchcika, któremu nieopatrznie powierzono tak odpowiedzialne zadanie, jak obracanie i pilnowanie rożna. Ale chłopak, który nie znalazł dość cierpliwości, by wywiązać się dobrze z zadania, znalazł w sobie dość sprytu, by uniknąć kary. Zanim ktoś się spostrzegł – schował przypalone mięso, zbiegł przed Ratusz, gdzie na kępkach trawy pasły się czyjeś dwa małe koziołki, porwał je i niósł do kuchni, by na rożnie udawały sarninę. Spieszył się jednak tak, że potknął się po drodze, a koziołki wyrwały się mu i uciekły. I właśnie kiedy sam kuchmistrz miał się ze wstydem tłumaczyć przed panem wojewodą, że nie będzie sarniej pieczeni – gości ogarnął śmiech. Bo przez ratuszowe okna, na gzymsie pod zegarem, zobaczyli dwa wesoło bodące się koziołki. A że śmiech przysparza zdrowia jeszcze bardziej niż dobre pieczyste – kuchcikowi darowano, a na tę pamiątkę zlecono mistrzowi Baltazarowi, by wspaniały zegar ratuszowy ozdobił dodatkowo figurkami walczących ze sobą koziołków.

Znacznie barwniejsza jest legenda o poznańskich koziołkach w wersji przedstawionej przez Stanisława Świrko, autor wskazuje na wiele szczegółów, a jego opowieść jest precyzyjnie osadzona w czasie i stanowi chyba najbardziej znaną wersję legendy. Autor dokładnie opisuje okoliczności zdarzeń przywołanych w legendzie.

Działo się to Roku Pańskiego 1551, za panowania wielce miłościwego króla Zygmunta Augusta. Czasy były spokojne, skarbiec miejski zasobny, dlatego też sławetni ojcowie miasta Poznania uradzili zgodnie, by na rozbudowywanym właśnie ratuszu ufundować zegar okazały, który by wydzwaniał godziny, półgodziny i kwadranse i służył obywatelom wszystkich stanów. Zawarli też w tej materii kontrakt uroczysty z mistrzem cechu zegarowego, imć Bartłomiejem Wolfem z Gubina, który podjął się takowy zegar wykonać.  

Uroczysta inauguracja zegara umieszczonego na ratuszowej wieży zaplanowana została na 15 września, a głównym organizatorem imprezy był burmistrz poznański. Na rynku od rana gromadził się tłum mieszczan oraz gości, czekano na przybycie najważniejszego, którym był wojewoda poznański. Po uruchomieniu zegara w wielkiej sali Ratusza odbyć się miała uczta, za której przygotowanie odpowiedzialny był kuchmistrz Gąska. Potrawy były już przygotowane, stoły nakryte, a kuchmistrz osobiście przygotowywał przysmak wojewodziński, jakim była pieczeń z sarny nadziewana słoniną i papryką. Powoli obracał rożnem, polewał pieczeń masłem przyprawionym migdałami, cynamonem i gałką muszkatołową, a dla ochłody pociągał piwo z gąsiorka, snując rozmyślania o tym jak zostanie doceniony jego kulinarny kunszt, które tak zrekonstruowała poznańska poetka Eliza Piotrowska:

Gdy to danie pyszne podam,

gdy zachwycą się nim goście,

powinszuje wojewoda,

burmistrz w piórka zaś obrośnie,

gdy pochwalą gospodarza,

a następnie, klaszcząc w dłonie,

zapytają o kucharza,

wyjdę i w pas się pokłonię…

Nagle zabrzmiał dźwięk trąbki, kuchmistrz postanowił zobaczyć nadjeżdżający orszak, a pilnowanie sarniny powierzył kuchcikowi Pietrkowi. Pietrek nic nie jadł od rana i był bardzo spragniony, na chwilę odłożył rożen, sięgnął po dzban z piwem. Nie zdążył upić kilku łyków, gdy rożen runął i cała pieczeń zamieniła się w węgiel. Mistrz Gąska wpadł w rozpacz lecz na szczęście pojawił się ochmistrz, który dał chłopcu dukata, by ten pędził na rynek i kupił ćwiartkę wołowiny na nową pieczeń.

Chłopak biegł wzdłuż rzeźniczych jatek, lecz wszystkie były zamknięte, ze względu na niedzielę i zaplanowane na południe widowisko. Gdy załamany chłopiec chciał już zawrócić, zza ostatniego kramu dobiegło beczenie. Podbiegł tam i zobaczył dwa pasące się, białe koziołki. Nie myśląc wiele zerwał sznurki, którymi były przywiązane i pociągnął je za sobą na ratusz. Tym razem kuchmistrz pochwalił go za pomysłowość, bo sam zapomniał, że jatki są zamknięte. Cieszył się na myśl, że zrobi tak doskonałą pieczeń z koźlęcia, że nawet pan wojewoda nie pozna, że to nie dziczyzna. Pietrkowi kazał rozpalić większy ogień pod rusztem, sam zaczął ostrzyć nóż, a z momentu ich nieuwagi skorzystały koziołki, zerwały się z postronka i pobiegły ku schodom. Kuchcik rzucił się w pogoń za nimi, nie mógł ich dogonić lecz wiedział, że złapie je u szczytu schodów. Tymczasem przemyślne koziołki przecisnęły się przez małe okienko i wyszły na gzyms ratusza, tuż obok zegara. Ani kuchcik ani kuchmistrz nie byli w stanie się tam dostać. Zrozpaczeni usiedli na szczycie schodów.

Tymczasem pod ratusz podjechał powóz pana wojewody. Burmistrz i rada wyszli mu na powitanie lecz dostojną uroczystość zmącił głos staruszki, domagającej się od wojewody sprawiedliwości. Burmistrz chciał odpędzić zawodzącą Maciejową, ta jednak się uparła, a wojewoda stwierdził, że musi jej wysłuchać. Kobieta poskarżyła się, że kuchcik zatrudniony w magistrackiej kuchni, ukradł jej dwa koziołki i zaciągnął do ratusza. Wdowa rozpłakała się nad tragicznym losem swoich ulubieńców. Zebrani przed ratuszem ludzie milczeli, burmistrz był zawstydzony, a wojewoda groźnie marszczył brwi, gdy nagle nad rynkiem rozległo się głośne meczenie.

– Koziołki moje, koziołki – zakrzyknęła Maciejowa. – O tam… tam!… śliczności wy moje!…

Po chwili przed ratuszem pojawił się przerażony kuchmistrz, który padł do nóg wojewody i pospiesznie relacjonował niefortunny przebieg zdarzeń w kuchni, o wyprawie kuchcika po świeże mięso, wreszcie o ucieczce koziołków na ratuszową wieżę i braku w menu najważniejszego dania. Gdyby kucharz nie miał wciąż schylonej głowy, to dostrzegłby, że mina wojewody radykalnie się zmieniła. Wojewoda śmiał się z zabawnej sytuacji, jaka zdarzyła się na poznańskim ratuszu, a fakt że będzie musiał w związku z tym spożyć wegetariański obiad, wcale mu nie przeszkadzał.

Po uczcie doszło wreszcie do prezentacji ratuszowego zegara wykonanego przez mistrza Bartłomieja z Gubina, który miał trzy tarcze z podziałem na 24 godziny, wskazówki w kształcie ręki oraz dodatkowy mechanizm pokazujący miesiące i fazy księżyca. Wszyscy zgromadzeni byli zachwyceni działa mistrza Bartłomieja. Jednak burmistrz i wojewoda zwrócili się do zegarmistrza z prośbą, aby upamiętnił to zabawne zdarzenia związane z poznańskimi koziołkami i wyposażył swój zegar w urządzenie błazeńskie w postaci kozłów, które każdego dnia, o godzinie 12.00 będą się trykały na ratuszowej wieży.

Mistrz Bartłomiej przyrzekł solennie – relacjonuje Stanisław Świrko – i słowa dotrzymał. Jeszcze tego samego roku zegar ratuszowy rozpoczął swoją miejską służbę. Po każdej wydzwonionej godzinie wybiegały z okienka dwa białe koziołki i bodły się rogami ku uciesze wszystkich mieszkańców grodu, a żaków w szczególności.

Tak pozostało do czasów współczesnych. Codziennie w samo południe przed ratuszem kłębi się tłum – zwłaszcza najmłodszych, – którzy pragną ujrzeć, bodące się na ratuszowej wieży, koziołki. Moment ten doskonale uchwyciła Wanda Chotomska w książeczce dla dzieci Koziołki pana Zegarmistrza:

W południe,

gdy na mieście najludniej.

Tłum się zbiera, gdy się zbierze,

wszyscy patrzą na wieżę,

nikt nie baczy na fryzurę –

zadzierają głowy w górę,

aż niektórym pod Ratuszem

z głów spadają kapelusze.

Patrzy, patrzy cały Poznań,

jak koziołek bodzie kozła.

I podobno bardzo rzadko,

Tak mniej więcej raz na sto dni,

kiedy w tłumie stanie stolarz,

zdun, krawcowa lub ogrodnik –

dwa koziołki Zegarmistrza

odzyskują nagle mowę –

i okropnie głośno beczą

na tej wieży Ratuszowej.

W książeczce Chotomskiej o poznańskich koziołkach należą one do pana Zegarmistrza. Te niesforne, choć sympatyczne zwierzaki, sprawiają swemu właścicielowi mnóstwo kłopotów. Gdy tylko zostają same w domu, niszczą wszystko, co im się nawinie pod rogi: i stołek, i wazonik z fiołkiem, i poduszki, a nawet piec, po którym zostawiają tylko kafelki w szczątkach. Gdy rozzłoszczony Zegarmistrzem chce je ukarać, uciekają przed nim, pędzą po schodach na ratuszową wieżę i tam właśnie pozostają. W ten sposób Zegarmistrz pozbył się swoich uciążliwych lokatorów.

Żartobliwy dydaktyzm bajki o poznańskich koziołkach ma swoje źródło także w krótkich, zabawnych piosenkach wplecionych w tekst główny, w których Chotomska wyjaśnia dzieciom, w jaki sposób powstały poszczególne przedmioty niszczone przez bezmyślne koziołki. Jak wiele trudu włożyli w swoją pracę stolarz, by stołek nie miał żadnych braków i usterek; rolnik, by wyhodować piękny kwiatek; garncarz, który ulepił wazonik; panna, która starannie uszyła jasiek, i zdun, który z kafli ustawił piec. Ich praca poszła jednak na marne właśnie przez beztroską zabawę rogatych kozłów.

Z kolei poznańska poetka Jadwiga Badowska-Muszyńska broni koziołki przed nieuzasadnionymi zarzutami o sianie zniszczenia. W wierszyku Koziołki na wieży twierdzi ona, że znalazły się one na szczycie Ratusza, bo chciały tam się schronić przed pożarem, który opanował miasto:

– Oj, koziołki, koziołki,

po coście na wieżę / tak wysoko wlazły?

– Chcemy widzieć Wartę, czy płynie dosyć Wartko,

pragniemy ujrzeć Śródkę / gdzie pasła nas Jagódka.

– Oj koziołki, koziołki, kochać was nie warto,

uciekłyście ze Śródki / od pasterki za Wartę.

– Uciekłyśmy przed pożarem / co chciał spalić miasto,

a teraz tu na wieży / trykamy się dziś w zegarze.

Mieszkający przez lata w Poznaniu Jan Izydor Sztaudynger sugeruje, że w południe koziołki występują tylko w ramach inscenizacji dla turystów, a do prawdziwie bratobójczych walk dochodzi między nimi w środku nocy. Ich pojedynek poeta opisał w Balladzie o dwóch capach na ratuszowej wieży,

Na koronkowym Ratuszu

Wieszają się chmury z pluszu,

Noc jak to jabłko okrągła

Z odejściem się ociąga.

Świetlista gwiazda reklamy

Martwymi patrzy oczami,

W wąskich zanikach ulic

Nieśmiały czar się tuli.

Zegar godziną wydzwania

Już północną

I choć go nikt już nie słucha,

Bo  w krąg żywego ducha,

Uderza równo i mocno. –

A pod zegarem wysoko

Dwie otwierają się klatki,

Dwa białe capy biegną

Na środek wąskiej kładki. –

I nie tak grzecznie na niby,

Jak to walczyły za dnia,

Lecz walczą na śmierć i życie

Z uporem wściekłym – zdradnie.

Z miarowym głosem zegara

Miesza się ostry bek,

W szaleństwie walki zaciekłej

Przybiegły na sam brzeg.

Kłębi się białe runo,

Za chwilę w przepaść runą

Jeśli się Bogu spodoba –

Oba.

Na koronkowym Ratuszu

Wieszają się chmury z pluszu,

Noc jak to jabłko okrągła

Z odejściem się ociąga.

Z kolei poznański poeta i satyryk – Włodzimierz Scisłowski – w swoim wierszyku o poznańskich koziołkach – Ratuszowe koziołki – abstrahuje całkowicie od pochodzenia legendy o poznańskich koziołkach i ich perypetii, a ogranicza się do zaprezentowania ich jako poznańskiej atrakcji turystycznej. Poznański poeta nie wiedział wówczas jeszcze, że taki typ instalacji, jak poznańskie koziołki, po latach nazwany zostanie rzeźbą kinetyczną, a to co przed setkami lat zamontował zegarmistrz Wolff, uchodziło będzie za nowinkę techniczną.

Gdy wybije dwunasta, / pod Ratuszem pół miasta / schodzi się w mig!

Każdy głowę zadziera, / widowiska ma teraz / pod tytułem „tryk-tryk”.

To koziołki na wieży, / pragną znowu się zmierzyć, / pofiglować jak nikt!

Pochylają więc głowy, / patrzą wzrokiem bojowym / przed tym swoim tryk-tryk.

Tu nie miejsce na żarty, / tu jest każdy uparty / i do kłótni ma dryg!

Nie ma więc żadnej rady / na codzienne te swady, / na to ciągłe tryk-tryk.

 

Lecz się kończy trykanie, / wszystkim żal niesłychanie, / że czar prysnął i znikł!

Zamykają się wrota, / ginie ślad po niecnotach, / co roiły tryk-tryk.

 

Kto ciekawy jest świata / i popatrzeć chce na to, / kto dorosły, czy smyk,

do Poznania niech jedzie, / prosty szlak niech go wiedzie, / by zobaczyć tryk-tryk.

Pierwszy zegar z koziołkami pojawił się na poznańskim ratuszu w połowie XVI wieku, a wykonany został przez zegarmistrza Bartłomieja Wolffa z Gubina, którego capki trykały się przez 124 lata (1551–1675), a zniszczeniu uległy podczas pożaru budynku. Nowy mechanizm z koziołkami zainstalowano dopiero podczas remontu Ratusza przeprowadzonego w latach 1910-1913, a funkcjonował on do zniszczenia w 1945 roku. Trzecia para koziołków pojawiła się na poznańskiej wieży w 1954 roku i trykała się tam do początku lat dziewięćdziesiątych XX w. Te koziołki nie odeszły jednak daleko, bo obejrzeć je można kilka pięter pod wieżą, w Muzeum Miasta Poznania.

Najnowsze koziołki podarował miastu w 1993 roku, poznański przedsiębiorca, Marian Marcinkowski, a nowoczesny mechanizm sterujący zaprojektował Stefan Krajewski. Fundator tak to wspomina:

Moja przygoda z koziołkami zaczęła się wiele lat temu. W ratuszu pracowała moja znajoma, obecnie żona i ona zaraziła mnie bakcylem miłości do Poznania. Często chodziłem do Ratusza i zauważyłem, że koziołki nie działają tak, jak trzeba. Postanowiłem je naprawić. Jednak naprawa okazała się nie całkiem skuteczna. Ufundowałem więc nowe koziołki. Wykorzystałem swoją wiedzę wyniesiona z politechniki. Chciałem, żeby koziołki były dynamiczne, a nie takie statyczne jak do tej pory. Dzisiaj one skaczą i słychać, jak głośno się trykają. Było z tym jednak sporo zachodu; trudno było przekonać konserwatora miejskiego, że koziołek jest zwierzęciem żywiołowym. A przecież kiedy instalowano pierwsze koziołki, zamówione u gubińskiego mistrza Bartłomieja Wolffa w XVI w., nazwano je „urządzeniem błazeńskim”, więc uznałem, że nie muszą być zbyt poważne. Moi przyjaciele z politechniki opracowali dokumentację techniczną, skopiowali koziołki i dali nowy mechanizm. Pewne niedoróbki są do dzisiaj, ale przecież każdy prototyp rodzi się w bólach. Przekazanie nowych koziołków, symbolu Poznania, odbyło się w dniu świętego Walentego w 1993 roku. Dużo myślę o koziołkach, czuję, że są moje. Zastrzegłem w testamencie, że kiedy umrę, to w dniu mojego pogrzebu koziołki mają wystąpić na czarno.    

Nowe koziołki miały jednak przerwy w swych występach na ratuszowej wieży. W 1997 roku jednemu z nich odpadła prawa przednia noga, a jeden z przechodniów natychmiast ją podniósł i umknął ścigającym go strażnikom miejskim. Na szczęście noga odnalazła się szybko, wróciła na miejsce i pełnosprawne koziołki mogły znów się trykać. Kolejna awaria przytrafiła się im w dniu 4 marca 2007 roku, ale i tym razem zepsuty mechanizm został szybko naprawiony przez jego konstruktora i głównego konserwatora koziołków – Stefana Krajewskiego.

Niesforne koziołki są patronami odbywającego się w Poznaniu Międzynarodowego Festiwalu Filmów dla Dzieci, który promuje i prezentuje wartościowe filmy – animowane oraz fabularne i jest jedyną tego typu imprezą w kraju. W 1994 roku zyskał rangę międzynarodową, rok później patronat nad nim objęła organizacja CIFEJ (Międzynarodowe Centrum Filmu dla Dzieci i Młodzieży).

O szczególnej sympatii poznaniaków do ratuszowych koziołków świadczy inicjatywa słuchaczy Radia 88,4 FM Złote Przeboje, którzy zaproponowali nadanie im imion: Pyrek i Tyrek (Poznań wszak jest stolicą Pyrlandii). Ich uroczyste imieniny odbyły się 14 grudnia 2002 roku podczas imprezy Betlejem poznańskie z okazji 750-lecia lokacji Poznania. Kilka tygodni wcześniej, 5 listopada 2002 roku rodzina poznańskich koziołków powiększyła się o dwie naturalnej wielkości figury odlane z brązu przez Roberta Sobocińskiego, które – mimo że liczą blisko 500 lat – żwawo trykają się przed gmachem obecnego poznańskiego magistratu na placu Kolegiackim. O tym pomniku napiszę jednak przy innej okazji.

Paweł Cieliczko

 

Bibliografia:

  1. Jadwiga Badowska-Muszyńska, Koziołki na wieży [w:] tejże, Uliczkami po Poznaniu, Poznań 1987, s. 6.
  2. Wanda Chotomska, Koziołki Pana Zegarmistrza, Poznań 2013
  3. Tadeusz Kraszewski, Bajdy i bajki. O poznańskich koziołkach…, Poznań 1969.
  4. Eliza Piotrowska, Legenda o poznańskich koziołkach, Poznań 2011.
  5. Anna Plenzner, Legendy Poznania, Poznań 2003.
  6. Jan Izydor Sztaudynger, Ballady poznańskie, Poznań 1930.
  7. Poznań doznań, Poznań 2003, s.140-141.
  8. Włodzimierz Scisłowski, Ratuszowe koziołki [w:] tegoż, Poznaj Poznań. Wiersze dla dzieci, Poznań 1990, s. 11.
  9. Stanisław Świrko, Prawdziwa historia o koziołkach poznańskich [w:] tegoż, O założeniu Poznania i inne legendy, Poznań 2004, s. 51-58.

Grafika:

  1. Agnieszka Zaprzalska

Legenda o trzech hostiach

Paweł Cieliczko: Legenda o trzech hostiach | 

W 2015 roku wielkie oburzenie lokalnych mediów wywołała gra miejska zorganizowana na motywach jednej z najstarszych poznańskich legend – legendy o cudownych trzech hostiach. Protesty środowisk lewicowych i liberalnych sprawiły, że metropolita poznański arcybiskup Stanisław Gądecki zdecydował  Czytaj dalej Legenda o trzech hostiach

Legenda o poznańskim złotym pociągu

Paweł Cieliczko: Legenda o złotym pociągu |

Starzy poznaniacy opowiadali, że gdy Wielka Wojna – którą my nazywamy pierwszą wojną światową – dobiegała końca,  dla wszystkich stawało się jasne, że Niemcy jej nie wygrają i mogą utracić prowincję poznańską. Niemcy i Żydzi mieszkający wówczas w Poznaniu obawiali się Czytaj dalej Legenda o poznańskim złotym pociągu

Legenda o trębaczu i królu kruków

Paweł Cieliczko: Legenda o trębaczu ratuszowym i królu kruków |


Najbardziej znana legenda o ptakach, które ocaliły miasto, wiąże się z gęsiami z rzymskiego wzgórza kapitolińskiego. Kiedy usłyszały one zbliżających się wrogów, gęganiem obudziły mieszkańców Wiecznego Miasta, którzy dzięki temu zdołali podjąć skuteczną obronę. Legenda o ocaleniu Poznania przez kruki jest o wiele ciekawsza. Pokazuje ona, wrażliwość, troska i pomoc okazana słabszemu czy bezbronnemu bywają nagrodzone w najbardziej nieoczekiwany sposób.
Czytaj dalej Legenda o trębaczu i królu kruków

Legenda o Górze Zamkowej

Paweł Cieliczko: Legenda o Górze Zamkowej |


Przed kilkoma laty na Górze Przemysła w Poznaniu zbudowana została replika zamku królewskiego z czasów króla Przemysła II. Inicjatywa ta wzbudziła wiele kontrowersji, a budynek nie jest właściwie nawet repliką, gdyż nikt nie wie, jak średniowieczny, poznański zamek naprawdę wyglądał. Liczni poznaniacy Czytaj dalej Legenda o Górze Zamkowej